- Co do tego czy jestem rasowa ma pewność. Mój poprzedni właściciel miał
nawet papier z moim rodowodem - powiedziałam Leo. - Może to po prostu
zbieg okoliczności. Nie znam, aż tak dokładnie moich korzeni i może
jakiś daleki krewny był mieszańcem, albo po prostu jestem angorą
pochodzącą z krainy jaguara.
- Może i tak - Leo uśmiechnął się. - Nie ma co się nad tym zastanawiać, chodźmy co zjeść.
Przytaknęłam i poszliśmy na łąkę. Zjedliśmy kilka myszy i już mieliśmy
wracać na polane i iść spać, gdy ciepły nocny wiatr zaczął szeptać mi do
ucha. Podmuch mówił o obcych. Zwierzętach nie z lasu. Niestety nie
dowiedziałam się co to to było. Dowiedziałam się tylko, że te zwierzęta
są miasta bo razem z wiadomością wietrzyk przyniósł też zapach ludzi.
Powiedziałam o tym Leo.
- Musimy obudzić resztę - powiedział kocur. - Sami sobie nie poradzimy.
- Nie - oburzyłam się. - Upewnijmy się kto to, a potem ewentualnie ich budźmy.
Nie miałam ochoty znów podpaść Meli i Mimi. Nie mówiąc nic więcej
pobiegłam do miejsca o który powiedział mi wiatr. Zaczaiłam się w
gęstych krzakach, po chwili dołączył do mnie Leo. Bałam się, że moja
sierść będzie widoczna w ciemnościach. Po chwili usłyszeliśmy jakieś
głosy , za drzewa wyłoniło się kilka czworonożnych postaci.
<Leo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz