środa, 6 sierpnia 2014

Bractwo Srebrnych Szponów - Prolog

W odległym królestwie daleko stąd znajduje się miasto, a w nim różne dziwy. Mieszkają tam ludzie nieświadomi tych cudów. Tuż pod ich nogami toczy się życie, życie stworzeń poruszających się na czterech kończynach. Mają długie wąsy, szpiczaste uszy i puchate ogony. Ich inteligencja dorównuje, albo i przewyższa ludzką.
Koty są naprawdę bardzo mądre. Liczne dachowe mieszańce polują na myszy i szczury w mrocznych zaułkach miasta, inne długowłose rasowe manipulują swoimi ludźmi, a oni wykonują ich każde polecenie. Każdy kot ma w sobie coś, czego nie ma człowiek. Oczywiście koty jak to zwierzęta nie mają dusz, ale mają coś, czego bali się w nich ludzie. Mają magię!
Tysiące lat wcześniej ludzie otaczali je czcią. Widzieli ich talent, mądrość i odwagę. Dali więc kotom moce swoich kapłanów. Kociej królowej podarowali naszyjnik z drogocennych kamieni i metali, a on dał jej nieśmiertelność, a poddani otrzymali liczne magiczne moce. Jednak pewnego dnia Kocia Pani została okradziona przez zazdrosne psy. Odebrały jej naszyjnik, jednak nie dał im mocy. Jego potęga działała jedynie na koty.
Przez cały czas moce szlachetnych potomków lwów traciły swą siłę. Coraz więcej kotów nie posiadało w sobie magii. Ich skarb wędrował z psiego pokolenia na pokolenie. Pewnego razu naszyjnik trafił w ręce ludzi. Mijały lata. Koty słabły. Jednak pewnej nocy...

Cicha zimowa noc nastała w mieście Darle. Śnieg spadał z nieba tworząc na ziemi coraz grubszą siebie warstwę. Oświetloną przez nieliczne latarnie uliczką spacerował łaciaty kocur. Uważnie przyglądał się pobliskim budynkom, tak jakby czegoś szukał. Chwilę później zatrzymał się pod wielkim murem. Naprężył się i wskoczył na niego. Przyglądał się willi uważnie.
Nagle wzdrygnął się słysząc skrzypienie śniegu. Teraz na murku siedział drugi kot. Długowłosa ruda kotka nastroszyła futro i usiadła obok dachowca.
- Kirke... - powiedziała. - Wiesz, że nie powinieneś zbliżać się do tego domu.
- Ale muszę - odparł. - Takie dostałem zlecenie od Bractwa Srebrnych Szponów.
- Naprawdę sądzisz, że Hrabina Catrine schowała naszyjnik w swojej rezydencji?
- Audrey, on musi tam być.
Nastała chwila ciszy. Koty gapiły się na piękny dom. Nagle kotka, Audrey rzekła:
- Skoro chcesz ryzykować życie dla kilku durnych kamieni na sznurku to idź! Ja się w to nie mieszam.
- Trzymaj za mnie ogon. Widzimy się za pół godziny.
Zeskoczył i pomknął ku willi. Ostrożnie stąpał po śniegu skradając się pod oknami budynku wypatrując jakiejkolwiek oznaki życia. Pobiegł za budynek, a tam... Otwarte drzwi! Powoli wystawił łeb przez szparę. Z salonu dochodziły dźwięki rozmowy, w kuchni, ani żywej duszy. Wszedł do środka.
Teraz już nie może się wycofać. Cicho stawiał łapy. Nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów. Naszyjnik powinien być w salonie, w kredensie. Tyle wiedział od Bractwa. Niestety w salonie byli ludzie. Co tu zrobić? Kirke rozglądał się po kuchni szukając rozwiązania problemu. Nagle coś sobie przypomniał. ,,No tak! Mam przecież magiczne moce! Mogę ich uśpić, albo odwrócić uwagę!. Tylko... czym?". Spojrzał na piec. Coś się tam gotowało. Nawet się nie zastanawiał. Wskoczył na piec i zrzucił tą rzecz. 
W salonie wybuchł chaos! Co to było? Ludzie pobiegli do kuchni. Kirke nagle rozpłynął się w powietrzu. Stał się niewidzialny. Gdy ludzie robili porządek z garem, on pobiegł do salonu. Wskoczył na komodę i... Tam w oszklonej gablocie leżał naszyjnik Kociej Pani. Nie było czasu. Chwycił skarb w pysk i serce mu zamarło! Na ziemi stał groźnie warczący pies, doberman. 
- Puszczaj naszyjnik śmieciu! - warknął groźnie. 
- Ani śnię - odparł kocur i skoczył na głowę psa. Mocno go drapnął.
Uciekł do kuchni nie bacząc na ludzi. Pies gnał za nim. Jedna kobieta dostrzegła co Kirke niesie i wołała coś o naszyjniku, ale kto by ją słuchał. Ludzie nie zamknęli jeszcze drzwi, a kot umknął z budynku. Doberman jeszcze go gonił, ale Kirke przeskoczył płot i już był bezpieczny.
Dysząc jeszcze za płotem zaczął się głośno śmiać. Miał sporo szczęścia. Ten pies mógł zrobić z niego tylko wspomnienie.
Przewracał się tak ze śmiechu tarzając się w śniegu, gdy nagle usłyszał głos.
- Co cię tak śmieszy Kirke? - z lasu wyłonił się bury kocur o złocistych oczach. - Powinieneś już dawno być w siedzibie Bractwa i oddać naszyjnik.
- No... ja, ten... - jąkał się Kirke.
- Choć ze mną.
Poszli w głąb lasu. Szli wydeptaną ścieżką, aż do charakterystycznego wielkiego głazu. Tam skręcili na bezdroża. Dotarli na wielką polanę, w której środku rósł wielki dąb. Pod dębem była mała dziupla, której pilnował wielki szary szczur. był dwa razy taki jak normalny przedstawiciel jego gatunku. Przepuścił Kirke i burego kota, a oni nawet na niego nie patrzeli.
Dąb był wewnątrz całkiem pusty, no nie do końca. W środku, od dołu do góry szły kręte schody. Teraz kocury szły nimi na sam szczyt. Do korony drzewa.
Tam czekały trzy inne koty. Niebieskooka ragdollka maści mitted. Miała na szyi wisiorek w kształcie pióra. Obok niej kocur ubrany w sweterek, zapewne mieszka z ludźmi, pod swetrem nie miał nic był pozbawiony sierści. Też miał naszyjnik z wisiorkiem, czerwony rubin. Na drzewie leżał, ku zdziwieniu Kirke, ryś. Też miał jak każdy wisiorek - liść. Dopiero teraz Kirke dostrzegł, że prowadzący go kot też ma naszyjnik, w kształcie łzy.
- Na kocich przodków... - powiedziała rysica. - To naprawdę ten naszyjnik?
- Na to wygląda Kelly - odpowiedziała jej długowłosa kotka. - Makro, czy ten kocur to...
- Tak, mój uczeń Ikaeno - rzekł bury kot.
- Twój uczeń? - zapytał zdziwiony Kirke.
- Każdy członek naszego bractwa ma swojego ucznia - to powiedział nagi sfinks w swetrze, po czym kichnął. - Mój mistrz mówił mi Pusiu, to takie obraźliwe!
- I chwała mu za to, bo ktoś musiał zrobić z tobą porządek Puszku. - zaśmiał się Makro. - Usiądźmy!
Wszystkie koty zebrały się w kole i usiadły. Wtedy Makro i Kelly zamknęli oczy i mocno się skupili, a z drzewa wyrosła gałąź. Zwinęła się w "ślimaka" i tak powstał stół. Kirke był tym wielce zaskoczony, ale na Ikaenie i Puszku nie wywołało to wrażenia.
Chwilę później przyszły dwa koty. Jeden tak jak Puszek nie miał sierści i był ubrany w sweter, a drugi był nieco większy, bury. Usiadły, tak jak przypuszczał Kirke obok swoich mistrzów. Bury duży kot usiadł obok rysicy Kelly, zapewne jest żbikiem, a nie kotem. Ikaena zapewne nie ma ucznia.
- Drodzy zebrani - zaczął Makro. - Ten odważny kocur wszedł do domu ludzi ryzykując życie by zdobyć ten naszyjnik!
W łapie kota widniał drogocenny skarb, który przyniósł mu Kirke.
- Nie możemy go jednak zatrzymać...
Zaczęło się szemranie, szepty, potem wręcz głośna dyskusja!
- Cisza - syknęła Ikaena. Wszyscy się uspokoili. - Doskonale wiecie, że tylko potomek Królowej może dać nam moc. Naszyjnik musi zostać dobrze ukryty!
- Proponuję schować go tu, w Wielkim Dębie - zaproponował Puszek. - Chyba dzikie koty sobie poradzą z jego ochroną.
- Z całym szacunkiem Puszku - wtrąciła Kelly. - ale my już pilnujemy lasu. O ile dobrze wiesz ty, Ikaena i koty rasowe pilnujecie już ludzi by nie odkryli naszych zdolności magicznych. Mieszańce zajmują się psami i innymi zwierzętami. Nie możemy opuścić swoich stanowisk.
- Panie Makro - powiedziała Ikaena. - Proponuję powołać grupę kotów, która będzie pilnować naszego skarbu nieświadomie. Założą stado takie jak nasi przodkowie i będą chronić danego im terenu. Na nim ukryjemy klejnot.
Wyraźnie zaciekawiony Makro słuchał uważnie każdego słowa kotki.
- A kogo proponujesz Ikaeno?
- Proponuję dwa koty, które zaopiekują się i stworzą tą wspólnotę. Tylko im jako przywódcom stada będzie wolno wiedzieć o celu stada.
Kirke wiedział, że nie powinien się odzywać, ale słowa cisnęły mu się na języku.
- Jak nazwiecie to stado?
Znów zaczęły się szepty, szemrania i dyskusje. Po chwili Makro uniósł wysoko głowę i wykrzyknął:
- Kocia Duma!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz