niedziela, 31 sierpnia 2014
Od Nightfur
Ciemność...to pierwsze co pamiętam...było ciemno...i zimno. A ja się bałam...Ale potem, zobaczyłam księżyc. Jego blask...rozproszył ciemność...a wraz z nią...zniknął mój strach. Stanęłam na równe łapki i poczłapałam po twardym lodzie do jasnego punktu daleko ode mnie. Kiedy tam dotarłam, okazało się że ten jasny punkt wyglądający z daleka jak stado świetlików, to miasto Dwunogów. Mieszkali w dziwnych gniazdach wielkości czterech dużych skał. Wchodzili do nich poprzez drewniane prostokąty, zawieszone na srebrnych łańcuszkach. Podeszłam do któregoś i zaczęłam drapać. Po chwili drewniane wrota otworzyły się a za nimi stał duży Dwunóg. Patrzył na mnie. Zamiauczałam cichutko żeby dał mi coś do jedzenia. Ten tylko złapał mnie za fałd skóry na karku i rzucił do wielkiego, srebrnego kosza pełnego śmierdzących odpadków. Na słomianych dużych trójkątach na samym szczycie gniazd Dwunogów, siedziały inne koty. Dachowce. Śmiali się ze mnie, i szydzili. Wyzywali mnie... Było mi źle...Jednak nie mogłam opuścić tego miejsca. To jedyny obóz Dwunogów jaki był w tej okolicy i tym samym, jedyne źródło pożywienia... Dni płynęły a ja dorastałam. Któregoś dnia poszłam w zakazane miejsce. Do więzienia zwanego przez Dwunogi "Schroniskiem". Podeszłam zbyt blisko bramy i wtedy się zaczęło. Był tam. Porywacz Zwierząt z wielką, solidną pajęczyną. Chciałam uciec ale rzucił we mnie siecią. Zaplątałam się i nie mogłam uciec. Wsadził mnie do ciasnej celi. W ciemnym lochu byłam sama. Żaden z innych kotów jeszcze nie dał się złapać. Lecz opowiadały mi historie o tym miejscu. Bałam się...nie wiedziałam co zemną będzie...Dni mijały. W końcu Porywacz Zwierząt przyszedł do mojej celi, złapał mnie za kark i zawlókł w to koszmarne miejsce...Do lasu...Splątał mi łapy i rzucił mną prosto do ciemnego kłębowiska drzew. W końcu udało mi się oswobodzić. Musiałam radzić sobie sama - uczyć polować i walczyć o przetrwanie. Po latach spotkałam Alphe Stada Kotów. Postanowiłam dołączyć. Teraz tu jest moje miejsce. Nie mam przyjaciół ani rodziny. Czuje się samotna...Ale lepsze to od więzienia...Czy znalazłam swój dom? Czy tutaj nareszcie będę szczęśliwa?
Nightfur
Imię: Nightfur
[Nighty, Fur, Nocna Furia]
Wiek: 2 lata
Płeć: Kotka
Rasa: Długowłosa
Stanowisko: Asystentka Lekarza
Charakter: Kotka o specyficznym spojrzeniu na świat, z powodu swojej drastycznej przeszłości. Bywa agresywna. Ma odwagę lwa. Mimo wszystko jednak miła, kochająca i opiekuńcza.
~*~
Zauroczenie: -
Rodzina:
?
Potomstwo: -
~*~
Żywioł: Przemiana
Moce: Zmiana rozmiaru, Zmiana kształtu, Zmiana koloru oczu.
Historia: Mieszkała w obozie Dwunogów zwanym "Wioską". Po pewnym czasie dopadł ją Porywacz Zwierząt i zabrał do więzienia. Przez dni i noce siedziała sama w ciemnym lochu. W końcu wypuścił kotkę - Związał łapy i rzucił do lasu. Udało jej się oswobodzić. Uczyła się jak przetrwać. Po latach spotkała Alphę stada i dołączyła do niego.
Właściciel: ronisia
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 30; PRĘDKOŚĆ - 30; SIŁA - 20 ; ZWINNOŚĆ - 10; ŁOWIECTWO - 10
sobota, 30 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
Przyjrzałem się zwierzętom dokładnie. Były to dwa koty i... pies! Przyjrzałem się postaciom dokładnie. W błękitnej kotce o złotych oczach poznałem tą, którą spotkałem nad jeziorem. Szukała wtedy Meli, miała jakąś wiadomość...
Drugi kot przypominał Mirou, ale był zupełnie innej maści. Do tego miał, albo raczej nie miał nosa. Pysk był tak zmasakrowany, że zastanawiałem się przez chwilę czy nie walczył z tym psem. A był to doberman z wyraźną blizną na pysku, blizną po kocie.
Po chwili, szturchnięty przez White spojrzałem na pobliskie drzewo. Siedziała na nim kotka. Bardzo ohydna i niestety rasowa. Znałem ją. Mieszkała kiedyś u sąsiadów. Była to kotka ruda, fu! Nie podobają mi się rude kotki! Audrey też obserwowała trzy postacie. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że nas nie widzi, ale gdy spuściła wzrok z pochodu i spojrzała na nas wydałem z siebie zduszony okrzyk.
Machnęła ogonem i błysnęła zielonymi oczami. Zrozumiałem, że mamy się wycofać. Szepnąłem o tym Białej.
Odsunęliśmy się kawałek. Wtedy wpadłem na genialny pomysł. Podpełzłem do najbliższego drzewa i zacząłem wspinaczkę. White zrozumiała o co chodzi i weszła za mną. A raczej wleciała.
- Co to za koty? - syknęła. - I pies?
- Znam tylko kotki - odparłem. - Kartuskę spotkałem nad jeziorem, a ta ruda to Audrey. Była sąsiadka...
Właśnie coś sobie przypomniałem. Melanie mówiła mi ostatnio o Audrey!
- Mela zna Aud! - szepnąłem podniecony. - Tą niebieską też!
- Zastanawia mnie czego tu chcą ten kocur i pies...
- Mnie też...
<White Star?>
Drugi kot przypominał Mirou, ale był zupełnie innej maści. Do tego miał, albo raczej nie miał nosa. Pysk był tak zmasakrowany, że zastanawiałem się przez chwilę czy nie walczył z tym psem. A był to doberman z wyraźną blizną na pysku, blizną po kocie.
Po chwili, szturchnięty przez White spojrzałem na pobliskie drzewo. Siedziała na nim kotka. Bardzo ohydna i niestety rasowa. Znałem ją. Mieszkała kiedyś u sąsiadów. Była to kotka ruda, fu! Nie podobają mi się rude kotki! Audrey też obserwowała trzy postacie. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że nas nie widzi, ale gdy spuściła wzrok z pochodu i spojrzała na nas wydałem z siebie zduszony okrzyk.
Machnęła ogonem i błysnęła zielonymi oczami. Zrozumiałem, że mamy się wycofać. Szepnąłem o tym Białej.
Odsunęliśmy się kawałek. Wtedy wpadłem na genialny pomysł. Podpełzłem do najbliższego drzewa i zacząłem wspinaczkę. White zrozumiała o co chodzi i weszła za mną. A raczej wleciała.
- Co to za koty? - syknęła. - I pies?
- Znam tylko kotki - odparłem. - Kartuskę spotkałem nad jeziorem, a ta ruda to Audrey. Była sąsiadka...
Właśnie coś sobie przypomniałem. Melanie mówiła mi ostatnio o Audrey!
- Mela zna Aud! - szepnąłem podniecony. - Tą niebieską też!
- Zastanawia mnie czego tu chcą ten kocur i pies...
- Mnie też...
<White Star?>
Od White C.D. opowiadania Leo
- Co do tego czy jestem rasowa ma pewność. Mój poprzedni właściciel miał
nawet papier z moim rodowodem - powiedziałam Leo. - Może to po prostu
zbieg okoliczności. Nie znam, aż tak dokładnie moich korzeni i może
jakiś daleki krewny był mieszańcem, albo po prostu jestem angorą
pochodzącą z krainy jaguara.
- Może i tak - Leo uśmiechnął się. - Nie ma co się nad tym zastanawiać, chodźmy co zjeść.
Przytaknęłam i poszliśmy na łąkę. Zjedliśmy kilka myszy i już mieliśmy wracać na polane i iść spać, gdy ciepły nocny wiatr zaczął szeptać mi do ucha. Podmuch mówił o obcych. Zwierzętach nie z lasu. Niestety nie dowiedziałam się co to to było. Dowiedziałam się tylko, że te zwierzęta są miasta bo razem z wiadomością wietrzyk przyniósł też zapach ludzi.
Powiedziałam o tym Leo.
- Musimy obudzić resztę - powiedział kocur. - Sami sobie nie poradzimy.
- Nie - oburzyłam się. - Upewnijmy się kto to, a potem ewentualnie ich budźmy.
Nie miałam ochoty znów podpaść Meli i Mimi. Nie mówiąc nic więcej pobiegłam do miejsca o który powiedział mi wiatr. Zaczaiłam się w gęstych krzakach, po chwili dołączył do mnie Leo. Bałam się, że moja sierść będzie widoczna w ciemnościach. Po chwili usłyszeliśmy jakieś głosy , za drzewa wyłoniło się kilka czworonożnych postaci.
<Leo?>
- Może i tak - Leo uśmiechnął się. - Nie ma co się nad tym zastanawiać, chodźmy co zjeść.
Przytaknęłam i poszliśmy na łąkę. Zjedliśmy kilka myszy i już mieliśmy wracać na polane i iść spać, gdy ciepły nocny wiatr zaczął szeptać mi do ucha. Podmuch mówił o obcych. Zwierzętach nie z lasu. Niestety nie dowiedziałam się co to to było. Dowiedziałam się tylko, że te zwierzęta są miasta bo razem z wiadomością wietrzyk przyniósł też zapach ludzi.
Powiedziałam o tym Leo.
- Musimy obudzić resztę - powiedział kocur. - Sami sobie nie poradzimy.
- Nie - oburzyłam się. - Upewnijmy się kto to, a potem ewentualnie ich budźmy.
Nie miałam ochoty znów podpaść Meli i Mimi. Nie mówiąc nic więcej pobiegłam do miejsca o który powiedział mi wiatr. Zaczaiłam się w gęstych krzakach, po chwili dołączył do mnie Leo. Bałam się, że moja sierść będzie widoczna w ciemnościach. Po chwili usłyszeliśmy jakieś głosy , za drzewa wyłoniło się kilka czworonożnych postaci.
<Leo?>
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
- No cóż - zacząłem. - Ja też nie wiedziałem, aż nie spytałem. Nie - dodałem widząc minę White. - pytałem mamę nie Melę. Mama opowiedziała mi starą kocia baśń "O trzech rysiach i lamparcie". Słyszałaś ją? Nie? No... mówiła o trzech kocich braciach, którzy wyruszyli w podróż do Azji. Spotkali tam lamparcicę, która do nich dołączyła. Nie pamiętam tej historii dokładnie, ale dotarli do chłodnej krainy, daleko na północy, a gdy szli na południe widzieli takie rzeczy, jakich żaden kot nie widział. Rysie zamieszkały na północy, bo chłód im odpowiadał, ale lamparcica ruszyła daleko na południe. Wędrowała parę lat i tyle ją widziano.
Urwałem na chwilę. Czekałem na komentarz ze strony kotki.
- I jaki morał z tej bajki? - zapytała po chwili. - Wędrowali i ta lwica zaginęła...
- I trafiła na ludzi - dokończyłem. - A oni czcili ją jak boginię i koty odzyskały świetność.
- Nadal nie rozumiem jaki jest morał - oznajmiła Biała. - I nic nie wiem o Rodzie Jaguara.
- Bo oni ją czcili - powiedziałem. - Ale wiedzieli, że ich "bogini" kiedyś ich opuści. Dlatego dali jej męża. Był podobny do niej, ale mniejszy. Ich dzieci dały początek jaguarom. Z czasem do odkrytej krainy trafiły małe koty. Wielbiono je bardziej ze względu na rozmiar. Nazywano je "małymi jaguarami", a ich potomków "Rodem Jaguara".
- Iiii...
- To dziwne, bo jesteś angorą, a one nie są z krainy jaguara. Musiałabyś być mieszańcem, a ja nie wierzę byś nie była rasowa.
<White?>
Urwałem na chwilę. Czekałem na komentarz ze strony kotki.
- I jaki morał z tej bajki? - zapytała po chwili. - Wędrowali i ta lwica zaginęła...
- I trafiła na ludzi - dokończyłem. - A oni czcili ją jak boginię i koty odzyskały świetność.
- Nadal nie rozumiem jaki jest morał - oznajmiła Biała. - I nic nie wiem o Rodzie Jaguara.
- Bo oni ją czcili - powiedziałem. - Ale wiedzieli, że ich "bogini" kiedyś ich opuści. Dlatego dali jej męża. Był podobny do niej, ale mniejszy. Ich dzieci dały początek jaguarom. Z czasem do odkrytej krainy trafiły małe koty. Wielbiono je bardziej ze względu na rozmiar. Nazywano je "małymi jaguarami", a ich potomków "Rodem Jaguara".
- Iiii...
- To dziwne, bo jesteś angorą, a one nie są z krainy jaguara. Musiałabyś być mieszańcem, a ja nie wierzę byś nie była rasowa.
<White?>
Od White C.D. opowiadania Leo
Zrobiło się już późno. Nie miałam ochoty wracać. Cały dzisiejszy dzień
był do kitu, a zapowiadała się tak ciekawie. Na przyszłość będę musiała
bardziej myśleć co robię, bo znowu właduje się w jakieś kłopoty.
Zgłodniałam. Nie zastanawiając się długo poleciałam nad rzekę i złapałam nie dużą rybkę. Zastanawiałam się co ze sobą zrobić. Byłam zmęczona. Poleciałam na polanę i położyłam się w moim gniazdku. Wszyscy już spali. Mimo wcześniejszego zmęczenia i senności nie potrafiłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się tysiące myśli. Wróciły wspomnienia z beztroskiego życia w w domu kupca. Jaką ja wtedy miałam ochotę tam wrócić. Położyć się na górze miękkich poduszek i dać się głaskać ludziom. Wyleciałam z dziupli i poszłam nad staw. Dużo czasu spędziłam wpatrując się we własne odbicie. Nagłe usłyszałam, że ktoś idzie w moim kierunku. Był to Leo.
- Co robisz? - zapytał.
- Nic - odparłam leniwie. Kocur usiadł obok mnie. - Chciałam cię przeprosić, nie powinnam była cię namawiać, żebyś szedł ze mną.
- Na prawdę nic się nie stało - powiedział i uśmiechnął się.
- Jak myślisz, dlaczego komnata się otworzyła gdy przyłożyłam łapę do śladu? - zapytałam.
- Rozmawiałem z Melanie i ona powiedziała, że ty musisz być z rodu Jaguara - odpowiedział.
- Rodu Jaguara? - byłam zdziwiona. - Nigdy nie słyszałam tej nazwy i nie mam bladego pojęcia co to za ród.
<Leo?>
Zgłodniałam. Nie zastanawiając się długo poleciałam nad rzekę i złapałam nie dużą rybkę. Zastanawiałam się co ze sobą zrobić. Byłam zmęczona. Poleciałam na polanę i położyłam się w moim gniazdku. Wszyscy już spali. Mimo wcześniejszego zmęczenia i senności nie potrafiłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się tysiące myśli. Wróciły wspomnienia z beztroskiego życia w w domu kupca. Jaką ja wtedy miałam ochotę tam wrócić. Położyć się na górze miękkich poduszek i dać się głaskać ludziom. Wyleciałam z dziupli i poszłam nad staw. Dużo czasu spędziłam wpatrując się we własne odbicie. Nagłe usłyszałam, że ktoś idzie w moim kierunku. Był to Leo.
- Co robisz? - zapytał.
- Nic - odparłam leniwie. Kocur usiadł obok mnie. - Chciałam cię przeprosić, nie powinnam była cię namawiać, żebyś szedł ze mną.
- Na prawdę nic się nie stało - powiedział i uśmiechnął się.
- Jak myślisz, dlaczego komnata się otworzyła gdy przyłożyłam łapę do śladu? - zapytałam.
- Rozmawiałem z Melanie i ona powiedziała, że ty musisz być z rodu Jaguara - odpowiedział.
- Rodu Jaguara? - byłam zdziwiona. - Nigdy nie słyszałam tej nazwy i nie mam bladego pojęcia co to za ród.
<Leo?>
czwartek, 21 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
Musiałem strawić jakoś ten dzień. Położyłem się na wielkim kamieniu na łące i leżałem tam do wieczora. Widziałem jak ptaki przelatują po niebie. Ciągle gapiłem się na chmurę, na której ostatnio zniknęła mi z oczu White...
- Leo - usłyszałem czyiś głos za plecami i zerwałem się na równe łapy. To była Mela.
- Co? - powiedziałem naburmuszony siadając.
- Nie mów im, dobrze? - szepnęła. - Nie chcę by wiedzieli. To będzie nasz sekret.
Skinąłem głową, dalej patrząc w niebo. Mela usiadła obok i też ze mną patrzała.
- Nie cierpię Bractwa - powiedziała po chwili. - Odebrali mi wszystko. Całą rodzinę. Teraz i mnie w to wciągnęli.
Mogłem ją uciszyć i zakończyć te bezsensowne wyznania, ale nie miałem ochoty. Wolałem słuchać co ma mi do powiedzenia.
- Chcesz wiedzieć jak to było? - zapytała. Ja tylko kiwnąłem głową. - Nie chciałam im pomagać. Powiedziałam, że jeśli miałby być ktoś kto mnie przekona to ciocia Audrey. Znasz ją? Ona nienawidzi Bractwa! Jest ostatnią osobą która by mi to powiedziała. "Mela słuchaj się rozkazów Makro". Powiedziałam to Shadow, wysłanniczce Bractwa, a ona przyprowadziła ciocię. Audrey mi to powiedziała.
Zwiesiła głowę. Mówiła już tak piskliwie, że myślałem, iż płacze.
- Nie chciałam pilnować skarbu - kontynuowała. - ale przysięgłam i musiałam. Wy nie powinniście wiedzieć...
Nastała kolejna chwila ciszy. Miałem ją przerwać, ale Mela znów się odezwała.
- Wiem jak to zrobiła - rzekła. - Trzeba mieć To w sobie. Musi być z rodu jaguara.
Teraz straciłem swoją dumną pozę. Byłem tak zdziwiony, że zacząłem się krztusić.
<White?>
- Leo - usłyszałem czyiś głos za plecami i zerwałem się na równe łapy. To była Mela.
- Co? - powiedziałem naburmuszony siadając.
- Nie mów im, dobrze? - szepnęła. - Nie chcę by wiedzieli. To będzie nasz sekret.
Skinąłem głową, dalej patrząc w niebo. Mela usiadła obok i też ze mną patrzała.
- Nie cierpię Bractwa - powiedziała po chwili. - Odebrali mi wszystko. Całą rodzinę. Teraz i mnie w to wciągnęli.
Mogłem ją uciszyć i zakończyć te bezsensowne wyznania, ale nie miałem ochoty. Wolałem słuchać co ma mi do powiedzenia.
- Chcesz wiedzieć jak to było? - zapytała. Ja tylko kiwnąłem głową. - Nie chciałam im pomagać. Powiedziałam, że jeśli miałby być ktoś kto mnie przekona to ciocia Audrey. Znasz ją? Ona nienawidzi Bractwa! Jest ostatnią osobą która by mi to powiedziała. "Mela słuchaj się rozkazów Makro". Powiedziałam to Shadow, wysłanniczce Bractwa, a ona przyprowadziła ciocię. Audrey mi to powiedziała.
Zwiesiła głowę. Mówiła już tak piskliwie, że myślałem, iż płacze.
- Nie chciałam pilnować skarbu - kontynuowała. - ale przysięgłam i musiałam. Wy nie powinniście wiedzieć...
Nastała kolejna chwila ciszy. Miałem ją przerwać, ale Mela znów się odezwała.
- Wiem jak to zrobiła - rzekła. - Trzeba mieć To w sobie. Musi być z rodu jaguara.
Teraz straciłem swoją dumną pozę. Byłem tak zdziwiony, że zacząłem się krztusić.
<White?>
Od White C.D. opowiadania Leo
- Przepraszam, nie wiedziałam - powiedziałam skruszona.
- Wyjaśnicie nam wreszcie jak tu weszliście? - zapytała Mela
- To było tak... - zaczęłam. - Wracaliśmy z łąki, gdy nagle zobaczyłam coś w krzakach. Nie wiem co to było. Poszłam to sprawdzić i w pewnym momencie wpadłam w jakiś dół i gdy już miałam wychodzić, zobaczyłam tunel prowadzący do tej komnaty. Z ciekawości zaczęłam się rozglądać i zobaczyłam to wgłębienie w kształcie kociej łapy. Bez zastanowienia przyłożyłam tam łapę i znaleźliśmy komnatę z naszyjnikiem.
- To wraz nie tłumaczy jakim cudem twoja łapa tam pasowała?! - Mimi była zadowolona z tego co się wydarzyło.
- Nie mam pojęcia! Na wszystkie wiatry tego świata, nie mam pojęcia! - krzyknęłam mając dość tych pytań. Myślałam, że zaraz mnie coś trafi.
- Idźcie już! - rozkazała Melanie.
Z rozkoszą wyfrunęłam z podziemnych korytarzy. Przez moją ciekawość naraziłam się alfom, a co gorsze podpadł też niczemu nie winny Leo. Szczerze miałam dość tego całego dnia. Chciałam się zapaść pod ziemie i nigdy nie wychodzić. Nic nie mówiąc nikomu wzleciałam do chmur i położyłam się na jednej. Zaczęłam się zastanawiać co zrobić.
Tak minęła reszta dnia i noc, jakoś nie obchodziło mnie czy ktoś mnie szuka.
<Leo?>
- Wyjaśnicie nam wreszcie jak tu weszliście? - zapytała Mela
- To było tak... - zaczęłam. - Wracaliśmy z łąki, gdy nagle zobaczyłam coś w krzakach. Nie wiem co to było. Poszłam to sprawdzić i w pewnym momencie wpadłam w jakiś dół i gdy już miałam wychodzić, zobaczyłam tunel prowadzący do tej komnaty. Z ciekawości zaczęłam się rozglądać i zobaczyłam to wgłębienie w kształcie kociej łapy. Bez zastanowienia przyłożyłam tam łapę i znaleźliśmy komnatę z naszyjnikiem.
- To wraz nie tłumaczy jakim cudem twoja łapa tam pasowała?! - Mimi była zadowolona z tego co się wydarzyło.
- Nie mam pojęcia! Na wszystkie wiatry tego świata, nie mam pojęcia! - krzyknęłam mając dość tych pytań. Myślałam, że zaraz mnie coś trafi.
- Idźcie już! - rozkazała Melanie.
Z rozkoszą wyfrunęłam z podziemnych korytarzy. Przez moją ciekawość naraziłam się alfom, a co gorsze podpadł też niczemu nie winny Leo. Szczerze miałam dość tego całego dnia. Chciałam się zapaść pod ziemie i nigdy nie wychodzić. Nic nie mówiąc nikomu wzleciałam do chmur i położyłam się na jednej. Zaczęłam się zastanawiać co zrobić.
Tak minęła reszta dnia i noc, jakoś nie obchodziło mnie czy ktoś mnie szuka.
<Leo?>
środa, 20 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
- Jakim cudem tu wleźliście?! - zapytała z goryczą Melanie. - Tylko moja łapa tu pasuje! - powiedziała przykładając łapę do odcisku.
- Ja... Ten... - wyjąkała White.
- Żaden kot nie mógł otworzyć tego przejścia.
- Ale...
Nie chciałem się wcinać w tą kutnię. Za bardzo się bałem.
- Wiec jak się jej udało? - zapytała Mirou. Aż zapomniałem że jest tu z nami. Teraz patrzała Meli głęboko w oczy. - Jak otworzyli wrota?
- Co to za naszyjnik?! - nie wytrzymałem pod wpływem takiego nacisku pytań.
Melanie i Mirou wymieniły spojrzenia.
- To słynny koci skarb, który daje nam moce - powiedziała Mirousse. Mela coś mruknęła pod nosem. - Nasze stado go chroni.
- Chroni? - zapytała zdumiona White.
- Tak nam kazało Bractwo Srebrnych Szponów - odpowiedziała jej Mela. - My mu służymy.
<White? Brak czasu...>
- Ja... Ten... - wyjąkała White.
- Żaden kot nie mógł otworzyć tego przejścia.
- Ale...
Nie chciałem się wcinać w tą kutnię. Za bardzo się bałem.
- Wiec jak się jej udało? - zapytała Mirou. Aż zapomniałem że jest tu z nami. Teraz patrzała Meli głęboko w oczy. - Jak otworzyli wrota?
- Co to za naszyjnik?! - nie wytrzymałem pod wpływem takiego nacisku pytań.
Melanie i Mirou wymieniły spojrzenia.
- To słynny koci skarb, który daje nam moce - powiedziała Mirousse. Mela coś mruknęła pod nosem. - Nasze stado go chroni.
- Chroni? - zapytała zdumiona White.
- Tak nam kazało Bractwo Srebrnych Szponów - odpowiedziała jej Mela. - My mu służymy.
<White? Brak czasu...>
Od White C.D. opowiadania Leo
To miejsce było naprawdę dziwne. Spojrzałam na szklaną ścianę.
Rzeczywiście, to była woda ze stawu. Nawet pływały w niej ryby.
Rozejrzałam uważnie po całym pomieszczeniu.
- Może lepiej już wracajmy. Będą się o nas martwić - marudził Leo.
Powoli zaczynało mnie to irytować. Nagle dostrzegłam na ścianie dziwne wgłębienie w kształcie kociej łapy.
- Leo, chodź tutaj! - krzyknęłam. - Znalazłam coś!
Kocur niechętnie przyczłapał do mnie. Nie podobała mu się to miejsce. Ale gdy obaczył dziwny ślad od razu się ożywił.
- Ciekawe co to? - zapytał.
-Nie wiem - odparłam oglądając dokładnie wgłębienie. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przyłożyłam łapę do wgłębienia. Pasowała.
Niespodziewanie rozległ się straszny hałas. Kamienna ściana obok śladu odsunęła się ukazując duże, jasno oświetlone pomieszczenie.
- Biała, zabierajmy się już stąd. Nie podoba mi się tu. Zaraz się wpakujemy w kolejne kłopoty - Leo wyraźnie miał już dosyć tych podziemi, ale ja nie.
- Jak chcesz to idź, spotkamy się na polanie - odparłam wchodząc do pomieszczenia. Było mu chyba głupio zostawić kotkę samą więc poszedł za mną. W podziemnej komnacie na środku stała podest z przeźroczystą gablotą. Podeszłam bliżej . W gablocie leżał piękny, drogocenny naszyjnik. Zaparło mi dech w piersiach. Było w nim coś magicznego, niezwykłego, tajemniczego.
- Leo, zobacz... - szepnęłam zachwycona.
Nagle usłyszałam jakiś hałas i odgłosy rozmowy. To były głosy dwóch kotek.
- White, zbierajmy się stąd - powiedział Leo idąc szybkim krokiem w kierunku wyjścia.
- Masz rację - dogoniłam go i gdy już mieliśmy opuścić komnatę z gablotą. Z tunelu z którego wyszliśmy wcześniej, wyłoniły się dwie postacie. Były to Melanie i Mirousse.
- Co wy tu robicie?! - wykrzyknęła Mela.
- Yyyy... - nie wiedziałam co mam powiedzieć, byłam zmieszana.
- Odkryliśmy to miejsce przez przypadek - wtrącił Leo również zakłopotany.
<Leo?>
- Może lepiej już wracajmy. Będą się o nas martwić - marudził Leo.
Powoli zaczynało mnie to irytować. Nagle dostrzegłam na ścianie dziwne wgłębienie w kształcie kociej łapy.
- Leo, chodź tutaj! - krzyknęłam. - Znalazłam coś!
Kocur niechętnie przyczłapał do mnie. Nie podobała mu się to miejsce. Ale gdy obaczył dziwny ślad od razu się ożywił.
- Ciekawe co to? - zapytał.
-Nie wiem - odparłam oglądając dokładnie wgłębienie. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przyłożyłam łapę do wgłębienia. Pasowała.
Niespodziewanie rozległ się straszny hałas. Kamienna ściana obok śladu odsunęła się ukazując duże, jasno oświetlone pomieszczenie.
- Biała, zabierajmy się już stąd. Nie podoba mi się tu. Zaraz się wpakujemy w kolejne kłopoty - Leo wyraźnie miał już dosyć tych podziemi, ale ja nie.
- Jak chcesz to idź, spotkamy się na polanie - odparłam wchodząc do pomieszczenia. Było mu chyba głupio zostawić kotkę samą więc poszedł za mną. W podziemnej komnacie na środku stała podest z przeźroczystą gablotą. Podeszłam bliżej . W gablocie leżał piękny, drogocenny naszyjnik. Zaparło mi dech w piersiach. Było w nim coś magicznego, niezwykłego, tajemniczego.
- Leo, zobacz... - szepnęłam zachwycona.
Nagle usłyszałam jakiś hałas i odgłosy rozmowy. To były głosy dwóch kotek.
- White, zbierajmy się stąd - powiedział Leo idąc szybkim krokiem w kierunku wyjścia.
- Masz rację - dogoniłam go i gdy już mieliśmy opuścić komnatę z gablotą. Z tunelu z którego wyszliśmy wcześniej, wyłoniły się dwie postacie. Były to Melanie i Mirousse.
- Co wy tu robicie?! - wykrzyknęła Mela.
- Yyyy... - nie wiedziałam co mam powiedzieć, byłam zmieszana.
- Odkryliśmy to miejsce przez przypadek - wtrącił Leo również zakłopotany.
<Leo?>
niedziela, 17 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
- Kotki - prychnąłem i wskoczyłem do dziury. Ruszyłem śladem White.
W tunelu było ciemno jak w... nie powiem czym! Mimo słabej, nawet dla kota widoczności jakoś się szło.
- Wymyśl jakieś światło - nakazała mi Biała. Kim ja jestem, żeby lekceważyć rozkazy takiej damy!
Zamieniłem Kamień w lampion, drugi w świecę, trzeci w zapałki, White w małpę, małpa zapaliła świecę i włożyła do lampionu, ja zmieniłem małpę w White i niosłem światło.
Tunel był długi, szliśmy i szliśmy i szliśmy i oczywiście szliśmy. Nic tylko ziemia.
- Tu nic nie ma - powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- To po co ten tunel? - zapytała kotka ironicznie.
Nagle usłyszałem szum wody. Nie... Zdawało mi się...
- Czy to woda? - powiedziała White. Czyli mi się nie wydawało. Doszliśmy po chwili do dziwacznego miejsca. Była to jaskinia. Ściany były kamienne, a na jednej widniał wynalazek ludzi.
- Szkło - szepnąłem odstawiając lampion.
Za szklaną szybą ku górze pięła się woda. To było bardzo dziwne. Zwłaszcza gdzie płynie ta woda. A może...
- Jesteśmy pod stawem - szepnąłem.
- Co ty pleciesz?
- A gdzie według Ciebie wypływa ta woda?!
<White?>
W tunelu było ciemno jak w... nie powiem czym! Mimo słabej, nawet dla kota widoczności jakoś się szło.
- Wymyśl jakieś światło - nakazała mi Biała. Kim ja jestem, żeby lekceważyć rozkazy takiej damy!
Zamieniłem Kamień w lampion, drugi w świecę, trzeci w zapałki, White w małpę, małpa zapaliła świecę i włożyła do lampionu, ja zmieniłem małpę w White i niosłem światło.
Tunel był długi, szliśmy i szliśmy i szliśmy i oczywiście szliśmy. Nic tylko ziemia.
- Tu nic nie ma - powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- To po co ten tunel? - zapytała kotka ironicznie.
Nagle usłyszałem szum wody. Nie... Zdawało mi się...
- Czy to woda? - powiedziała White. Czyli mi się nie wydawało. Doszliśmy po chwili do dziwacznego miejsca. Była to jaskinia. Ściany były kamienne, a na jednej widniał wynalazek ludzi.
- Szkło - szepnąłem odstawiając lampion.
Za szklaną szybą ku górze pięła się woda. To było bardzo dziwne. Zwłaszcza gdzie płynie ta woda. A może...
- Jesteśmy pod stawem - szepnąłem.
- Co ty pleciesz?
- A gdzie według Ciebie wypływa ta woda?!
<White?>
Od White C.D. opowiadania Leo
Gdy się obudziłam słońce już dawno wzeszło. Nie powiem w moim ,,gniazdku"
śpi się całkiem wygodnie. Nie chciało mi się w ogóle wstawać, ale
ciepłe promienie słońca przedzierające się przez gałęzie drzewa
przepędziły moje piękne sny. Zeskoczyłam z drzewa i pokręciła się chwilę
po pustej już polanie. Po kilku minutach pojawił się Leo.
- Dzień Dobry - przywitał mnie. - Jak się spało?
- Witaj Leo -nadal byłam jeszcze trochę zaspana. - Spało się bardzo dobrze.
- To fajnie, masz jakieś plany na dziś? - zapytał.
- W sumie to nie - odparłam. - Ale za nim znów ruszymy w przygodę zjadłabym jakieś śniadanie.
- Dobry pomysł. Ja też jeszcze nic nie jadłem. Chodźmy na polowanie.
Na łące było sporo zajęcy i myszy. Za długouchami nie chciało mi się biegać. Zjedliśmy najpierw kilka mniejszych gryzoni. W pewnym momencie zobaczyłam w trawie samicę bażanta. Zacząłem się, i skończyłam na ptaka. Był trochę chudy, ale smaczny. Gdy już oboje z Leo byliśmy syci. Właśnie mieliśmy wracać gdy nagle zobaczyłam coś w zaroślach. Bez zastanowienia pobiegłam w tamtą stronę i nagle straciłam grunt pod łapami. Runęłam w dół. Upadek nie należał do przyjemnych. Leo szybko podszedł do krawędzi dołu.
- Nic ci nie jest? - zapytał.
- Nic - odparłam i zaczęłam się rozglądać. - Skąd w ten dół się tu wziął?
- White! - krzyknął kocur. - Wyłaź stamtąd.
Już miałam wylecieć stamtąd gdy zobaczyłam nie wielki tunel.
- Leo, tu jest jakiś pod ziemny korytarz. Chodźmy go sprawdzić -powiedziałam do kota.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - zawahał się Leonidas. Nie zwracałam na niego uwagi bo weszłam do pod ziemnego tunelu.
<Leo?>
- Dzień Dobry - przywitał mnie. - Jak się spało?
- Witaj Leo -nadal byłam jeszcze trochę zaspana. - Spało się bardzo dobrze.
- To fajnie, masz jakieś plany na dziś? - zapytał.
- W sumie to nie - odparłam. - Ale za nim znów ruszymy w przygodę zjadłabym jakieś śniadanie.
- Dobry pomysł. Ja też jeszcze nic nie jadłem. Chodźmy na polowanie.
Na łące było sporo zajęcy i myszy. Za długouchami nie chciało mi się biegać. Zjedliśmy najpierw kilka mniejszych gryzoni. W pewnym momencie zobaczyłam w trawie samicę bażanta. Zacząłem się, i skończyłam na ptaka. Był trochę chudy, ale smaczny. Gdy już oboje z Leo byliśmy syci. Właśnie mieliśmy wracać gdy nagle zobaczyłam coś w zaroślach. Bez zastanowienia pobiegłam w tamtą stronę i nagle straciłam grunt pod łapami. Runęłam w dół. Upadek nie należał do przyjemnych. Leo szybko podszedł do krawędzi dołu.
- Nic ci nie jest? - zapytał.
- Nic - odparłam i zaczęłam się rozglądać. - Skąd w ten dół się tu wziął?
- White! - krzyknął kocur. - Wyłaź stamtąd.
Już miałam wylecieć stamtąd gdy zobaczyłam nie wielki tunel.
- Leo, tu jest jakiś pod ziemny korytarz. Chodźmy go sprawdzić -powiedziałam do kota.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - zawahał się Leonidas. Nie zwracałam na niego uwagi bo weszłam do pod ziemnego tunelu.
<Leo?>
Od Leo C.D. opowidania White
Obudziłem się wypoczęty i skory do nowych przygód. No nie takich ja ta wczorajsza... Spojrzałem na drzewo White. Z dziupli, w której wczoraj zniknęła zwieszał się biały ogon. Pewnie jeszcze śpi, pomyślałem. Obudzić ją? Nie... Nie będę właził tak wysoko na drzewo. Strasznie mnie suszy. Powinienem iść się napić.
Zbiegłem polaną do stawu. Pochyliłem głowę by się napić. Chwilę później usłyszałem szelest. Myślałem, ze to jeden z członków stada, ale myliłem się. Zza krzewów wyszła piękna niebieska kotka, rasowa.
Zatkało mnie. Co taka rasowa piękność robi sama w lesie. White wyglądała przynajmniej jak uciekinier, ale ta madame była wręcz świeżo po kąpieli.
- Excusez-moi monsieur - powiedziała kotka. - je suis à la recherche de Miss Melanie.
- Co? - zapytałem lekko zdziwiony.
- Och! - wykrzyknęła zakłopotana kotka. - Pardonner! Szukam Miss Melanie. Zna jam może?
Teraz to ja byłem zakłopotany. Po co tak kotka Meli szuka?
- Tak znam - odpowiedziałem. - Po co ją pani szuka?
- Mam ważną wiadomość monsieur - rzekła. - Od samego monsieur Ramul.
- Nie wiem gdzie jest Melanie. Ostatnio widziałem ją wczorajszego wieczora. Szła tu, do stawu.
- Och! Je vais attendre si je peux.
- Dobrze...
Nie chciałem zostawać na dłużej z tą dziwną francuską. Wróciłem na polanę. Tam już czekała White. Jeszcze mrużyła oczy, zaspana.
<White?>
Zbiegłem polaną do stawu. Pochyliłem głowę by się napić. Chwilę później usłyszałem szelest. Myślałem, ze to jeden z członków stada, ale myliłem się. Zza krzewów wyszła piękna niebieska kotka, rasowa.
Zatkało mnie. Co taka rasowa piękność robi sama w lesie. White wyglądała przynajmniej jak uciekinier, ale ta madame była wręcz świeżo po kąpieli.
- Excusez-moi monsieur - powiedziała kotka. - je suis à la recherche de Miss Melanie.
- Co? - zapytałem lekko zdziwiony.
- Och! - wykrzyknęła zakłopotana kotka. - Pardonner! Szukam Miss Melanie. Zna jam może?
Teraz to ja byłem zakłopotany. Po co tak kotka Meli szuka?
- Tak znam - odpowiedziałem. - Po co ją pani szuka?
- Mam ważną wiadomość monsieur - rzekła. - Od samego monsieur Ramul.
- Nie wiem gdzie jest Melanie. Ostatnio widziałem ją wczorajszego wieczora. Szła tu, do stawu.
- Och! Je vais attendre si je peux.
- Dobrze...
Nie chciałem zostawać na dłużej z tą dziwną francuską. Wróciłem na polanę. Tam już czekała White. Jeszcze mrużyła oczy, zaspana.
<White?>
piątek, 15 sierpnia 2014
Od White C.D. opowiadania Leo
- Nie wiem. Ostatnio przywykłam do sypiania pośród koron drzew. Zaraz pewnie wdrapie się na jakieś - powiedziałam. - Albo położę się na jakiejś chmurze.
- Tylko uważaj, żebyś nie spadła - ostrzegł Leo.
Nie potrzebnie. Nie lubię spać na ziemi, wole coś bliższego mojemu żywiołowi. Rozejrzałam się uważnie po pobliskich drzewach. Jedno było bardzo stara i duże. Bez problemu wleciałam na nie. Była w nim całkiem spora dziupla mogąca pomieścić ze dwa koty. Nie zastanawiając się długo nazbierałam trochę trawy liści u ułożyłam z nich sobie legowisko. Położyłam się w nimi i zaczęłam oglądać polanę z wysoka.
- Teraz wyglądasz jak taki ptaszek w gniazdku - zażartował Leonidas.
- Może i tak - odparłam. Po pewnym czasie zasnęłam. Noc minęła spokojnie.
<Leo?>
- Tylko uważaj, żebyś nie spadła - ostrzegł Leo.
Nie potrzebnie. Nie lubię spać na ziemi, wole coś bliższego mojemu żywiołowi. Rozejrzałam się uważnie po pobliskich drzewach. Jedno było bardzo stara i duże. Bez problemu wleciałam na nie. Była w nim całkiem spora dziupla mogąca pomieścić ze dwa koty. Nie zastanawiając się długo nazbierałam trochę trawy liści u ułożyłam z nich sobie legowisko. Położyłam się w nimi i zaczęłam oglądać polanę z wysoka.
- Teraz wyglądasz jak taki ptaszek w gniazdku - zażartował Leonidas.
- Może i tak - odparłam. Po pewnym czasie zasnęłam. Noc minęła spokojnie.
<Leo?>
Od Leo C.D. opowiadania White
- Ładna? - zapytałem lekko zdziwiony. - Ładna to ty jesteś jako człowiek...
White zrobiła takie oczy, że myślałem, ze się rozpłacze.
- Ty nie jesteś ładna - to wprowadziło ją w większe zakłopotanie. - Ty jesteś piękna... - mruknąłem.
Kotka od razu odzyskała humor. Uśmiechnęła się i delikatnie przejechała wysuniętymi pazurami po moim boku. Nie wytrzymałem i pocałowałem ją w policzek.
- Jesteśmy kwita - powiedziałem przypominając sobie, że rano zrobiła mi to samo.
Przez jej śnieżnobiałą sierść dostrzegłem rumieniec, tak czerwony, że można uznać, iż jej głowa to pomidor. Gdy jej powiedziałem jak teraz wygląda zachichotała i straciła całą pomidorowatość.
Obserwowaliśmy słońce aż do samego końca. Potem poszliśmy na polanę w lesie, do reszty stada.
Melanie i Mirousse nie były zadowolone naszą dzisiejszą przygodą, którą usprawiedliwiłem całodniową nieobecność.
- Macie szczęście, że nic się wam nie stało! - krzyknęła Mela. - Jakby was zamknęli w schronisku to...
Urwała nie mogąc znaleźć odpowiedniego to. Miała taką wykrzywioną z wściekłości minę, że myślałem, że zaraz ją rozsadzi. Jednak się uspokoiła przestrzegła nas, abyśmy się na kilometr do Darle nie zbliżali i odeszła. Co było dziwne szła w kierunku stawu, a nie swojego legowiska w trawie.
Postanowiłem jednak zająć się White. Pokazałem jej gdzie śpię ja. Cóż... Moje legowisko było raczej gniazdem w wykopanym dołku.
- A ty gdzie będziesz spać? - zapytałem.
<White?>
White zrobiła takie oczy, że myślałem, ze się rozpłacze.
- Ty nie jesteś ładna - to wprowadziło ją w większe zakłopotanie. - Ty jesteś piękna... - mruknąłem.
Kotka od razu odzyskała humor. Uśmiechnęła się i delikatnie przejechała wysuniętymi pazurami po moim boku. Nie wytrzymałem i pocałowałem ją w policzek.
- Jesteśmy kwita - powiedziałem przypominając sobie, że rano zrobiła mi to samo.
Przez jej śnieżnobiałą sierść dostrzegłem rumieniec, tak czerwony, że można uznać, iż jej głowa to pomidor. Gdy jej powiedziałem jak teraz wygląda zachichotała i straciła całą pomidorowatość.
Obserwowaliśmy słońce aż do samego końca. Potem poszliśmy na polanę w lesie, do reszty stada.
Melanie i Mirousse nie były zadowolone naszą dzisiejszą przygodą, którą usprawiedliwiłem całodniową nieobecność.
- Macie szczęście, że nic się wam nie stało! - krzyknęła Mela. - Jakby was zamknęli w schronisku to...
Urwała nie mogąc znaleźć odpowiedniego to. Miała taką wykrzywioną z wściekłości minę, że myślałem, że zaraz ją rozsadzi. Jednak się uspokoiła przestrzegła nas, abyśmy się na kilometr do Darle nie zbliżali i odeszła. Co było dziwne szła w kierunku stawu, a nie swojego legowiska w trawie.
Postanowiłem jednak zająć się White. Pokazałem jej gdzie śpię ja. Cóż... Moje legowisko było raczej gniazdem w wykopanym dołku.
- A ty gdzie będziesz spać? - zapytałem.
<White?>
Od White C.D. opowiadania Leo
Plan Leo był bardzo dobrym planem, aczkolwiek bieganie w ciele człowieka
wcale nie było takie przyjemne. Nogi mi się co chwile plątały lub
potykałam się, ale szło mi to coraz lepiej. Dobiegłam do jakiegoś
zaułka. Postawiłam klatkę z Leo na ziemi i otworzyłam ją. Kocur szybko
wyszedł z klatki. Teraz mogłam obejrzeć się jako człowiek. No nie
powiem Leo spisał się. Wyglądam jak jakaś naprawdę piękna hrabina.
Trochę żal mi było wracać do normalnej postaci. Leo szybko odmienił mnie
i razem wróciliśmy do lasu bacznie uważając na hycli. Przez tę całą
przygodę trochę zgłodnieliśmy. Na łące upolowaliśmy kilka smacznych
myszy. Robiło się już późno, a słońce zaczęło się powoli chować za
widnokręgiem.
- Może pójdziemy pooglądać zachód słońca - zaproponowałam.
- Dobrze - zgodził się Leo.
Poszliśmy na niewielkie wzgórze z którego rozciągała się przepiękna panorama na okolice.
Cała atmosfera stała się nagle bardzo romantyczna. Ale jakoś nie zastanawiałam się nad tym. Byłam zmęczona całym dzisiejszym dniem, a po głowie krążył mi wiele myśli, a w szczególności jedno pytanie. W końcu postanowiłam je powiedzieć na głos.
- Leo mogę cię o coś zapytać? - powiedziałam.
- Tak, o co chodzi? - odparł.
- Ale szczerze... - zaczęłam nie byłam pewna czy skończyć. - Myślisz, że jestem ładna?
Leo był przez chwilę wyraźnie zmieszany. Sama nie wiedziałam dokładnie skąd u mnie takie pytanie. Po prostu usiałam je zadać.
-...
<Leonidas dokończ>
- Może pójdziemy pooglądać zachód słońca - zaproponowałam.
- Dobrze - zgodził się Leo.
Poszliśmy na niewielkie wzgórze z którego rozciągała się przepiękna panorama na okolice.
Cała atmosfera stała się nagle bardzo romantyczna. Ale jakoś nie zastanawiałam się nad tym. Byłam zmęczona całym dzisiejszym dniem, a po głowie krążył mi wiele myśli, a w szczególności jedno pytanie. W końcu postanowiłam je powiedzieć na głos.
- Leo mogę cię o coś zapytać? - powiedziałam.
- Tak, o co chodzi? - odparł.
- Ale szczerze... - zaczęłam nie byłam pewna czy skończyć. - Myślisz, że jestem ładna?
Leo był przez chwilę wyraźnie zmieszany. Sama nie wiedziałam dokładnie skąd u mnie takie pytanie. Po prostu usiałam je zadać.
-...
<Leonidas dokończ>
Od Weiss
Nigdy nie chciałam być jakąś udomowioną kotką, która gdy tylko wyląduje
na ulicy padnie bo nie będzie umiała sobie poradzić. Chciałam od życia
czegoś więcej. Poza tym... chciałabym kogoś poznać a w miejscu w którym
mieszkałam było to raczej niemożliwe. Gdy jednak uciekłam spotkałam
wiele kotów. Jedne były bardziej, inne trochę mnie miłe. Znalazły się
też, takie które chciały mnie zabić, ale zawsze im uciekałam. W sumie to
nazwała bym to szczęściem. Niektórzy mogą uważać, że jestem głupia,
opuściłam miły i przytulny dom by zamieszkać na ulicy, zostawiłam jakieś
karmy i łososie podstawiane pod nos aby żywić się jedynie tym co uda mi
się upolować. Uważam jednak, że ci, którzy nie byli w niewoli nie mogą
wiedzieć co czują ci, który z niej uciekają. Nigdy jednak nie
zamierzałam tego tłumaczyć. Nie udaje, że rozumiem innych, mogę jedynie
podejrzewać jak się z tym czują. Dlatego też nie wierzę by ktoś
zrozumiał mnie i powody jakie mną kierowały. Teraz jednak nie ma to już
zbyt dużego znaczenia. Pałętałam się po zaroślach szukając jakiegoś
jedzenia. Zamiast jedzenia napotkałam jednak kotkę. Jak się później
okazało nie taką zwykłą kotkę. Nazywała się Mirousse i była jedną z
samic alfa w Klanie kociej dumy. Zostałam do niego przyjęta i
rozpoczęłam zupełnie nowe życie. Teraz już oficjalnie nie byłam żadnym
tam domowym kotem.
czwartek, 14 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
Siedziałem w swojej klatce skulony próbując wymyślić jakiś plan ucieczki. Najlepszym wyjściem było użycie magii, ale czy to aby na pewno dobre wyjście? Jeśli ludzie to zobaczą mogą poznać prawdę. Czy życie dwóch rasowych kotów jest warte sekretu całego kociego świata? Mógłbym zamienić klatki w coś... sypkiego, może w... piasek? Zsypałby się po naszych włosach, ale zawsze można się przepłukać. Tylko potrzebny jest dobry moment...
Już miałem zrealizować swój plan, ale nagle coś sobie uświadomiłem. Otwarte klatki by zrozumieli, ale piasek zamiast nich? Musiałbym zmienić piach z powrotem w klatki, ale te ziarenka, które wypadną z wozu sprawią, że wygląd klatek będzie fatalny! Co zrobić?
Zacząłem wymyślać coraz bardziej nieracjonalne scenariusze, że zmienię White w mysz, a ona mnie uwolni (fajne, ale mógłbym ją przypadkiem zjeść), że miauczeniem ogłuszę woźnicę, albo chociaż konie, że jakiś człowiek skuszony naszą rasowością porwie klatki, a my mu uciekniemy, że... Zaraz?
Nareszcie wpadłem na idealny pomysł! Zamienię Białą w mysz, a gdy wyjdzie w człowieka, to powinno się udać tylko... musimy mieć sztucznego kota do jej klatki! Może zamienię coś z wozu w kota!
- Psss... - szepnąłem. - Gwiazdka!
- Co? - zapytała półgłosem lekko zdziwiona.
- Ciiii... - uciszyłem ją. - Widzisz ten gwóźdź?
Wskazałem łapa na dość duży gwóźdź jeżdżący po wozie.
- No - odpowiedziała szeptem wyraźnie podniecona.
- Wciągnij go do swojej klatki - chciała już zapytać "Po co?", ale jej nie pozwoliłem. - Zamienię Cię w mysz, a gdy wyjdziesz z klatki w człowieka. Porwiesz mnie i swoją klatkę i zaczniesz uciekać. Gwóźdź będzie udawał Ciebie.
Uśmiechnęła się słysząc mój plan. Zaczęła łapać gwóźdź gdy ja pilnowałem ludzi.
- Już! - oznajmiła.
- Dobra, gdy będziesz człowiekiem spróbuj zginać kolana wbrew naturze, tak jak ludzie. Gotowa? Trzy... Dwa... Jeden...
BANG! Teraz w klatce White Star siedziała mała, apetyczna (powinienem się opanować), biała myszka. Wybiegła z klatki. Nagle poczułem że powóz zwalnia. Spojrzałem na ludzi. Byliśmy pod schroniskiem! Teraz nie była nad czym się zastanawiać...
BANG! Mysz zmieniła się w kobietę. Piękną kobietę. Miała blond włosy, ale ten blond przechodził w biel. Ubrana była w długą kremowa suknię hrabiny, na szui miała futro z lisa. Piękne włosy splecione były w kok, podtrzymywany przez białą siatkę.
Chwyciła szybko obie klatki i zaczęła niezgrabnie uciekać. Oderwałem od niej wzrok i zmieniłem gwóźdź w kota. Moja "hrabina" co jakiś czas się przewracała. Dało się słyszeć głosy hycli "Wracaj tu!" i tym podobne.
<Hrabino White Star?>
Już miałem zrealizować swój plan, ale nagle coś sobie uświadomiłem. Otwarte klatki by zrozumieli, ale piasek zamiast nich? Musiałbym zmienić piach z powrotem w klatki, ale te ziarenka, które wypadną z wozu sprawią, że wygląd klatek będzie fatalny! Co zrobić?
Zacząłem wymyślać coraz bardziej nieracjonalne scenariusze, że zmienię White w mysz, a ona mnie uwolni (fajne, ale mógłbym ją przypadkiem zjeść), że miauczeniem ogłuszę woźnicę, albo chociaż konie, że jakiś człowiek skuszony naszą rasowością porwie klatki, a my mu uciekniemy, że... Zaraz?
Nareszcie wpadłem na idealny pomysł! Zamienię Białą w mysz, a gdy wyjdzie w człowieka, to powinno się udać tylko... musimy mieć sztucznego kota do jej klatki! Może zamienię coś z wozu w kota!
- Psss... - szepnąłem. - Gwiazdka!
- Co? - zapytała półgłosem lekko zdziwiona.
- Ciiii... - uciszyłem ją. - Widzisz ten gwóźdź?
Wskazałem łapa na dość duży gwóźdź jeżdżący po wozie.
- No - odpowiedziała szeptem wyraźnie podniecona.
- Wciągnij go do swojej klatki - chciała już zapytać "Po co?", ale jej nie pozwoliłem. - Zamienię Cię w mysz, a gdy wyjdziesz z klatki w człowieka. Porwiesz mnie i swoją klatkę i zaczniesz uciekać. Gwóźdź będzie udawał Ciebie.
Uśmiechnęła się słysząc mój plan. Zaczęła łapać gwóźdź gdy ja pilnowałem ludzi.
- Już! - oznajmiła.
- Dobra, gdy będziesz człowiekiem spróbuj zginać kolana wbrew naturze, tak jak ludzie. Gotowa? Trzy... Dwa... Jeden...
BANG! Teraz w klatce White Star siedziała mała, apetyczna (powinienem się opanować), biała myszka. Wybiegła z klatki. Nagle poczułem że powóz zwalnia. Spojrzałem na ludzi. Byliśmy pod schroniskiem! Teraz nie była nad czym się zastanawiać...
BANG! Mysz zmieniła się w kobietę. Piękną kobietę. Miała blond włosy, ale ten blond przechodził w biel. Ubrana była w długą kremowa suknię hrabiny, na szui miała futro z lisa. Piękne włosy splecione były w kok, podtrzymywany przez białą siatkę.
Chwyciła szybko obie klatki i zaczęła niezgrabnie uciekać. Oderwałem od niej wzrok i zmieniłem gwóźdź w kota. Moja "hrabina" co jakiś czas się przewracała. Dało się słyszeć głosy hycli "Wracaj tu!" i tym podobne.
<Hrabino White Star?>
Od White C.D. opowiadania Leo
Jak na moje oko Leo był całkiem ładny jako człowiek, ale jako kocur był o
wiele bardziej przystojny. Po chwili wrócił do swojej normalnej
postaci.
- Może odwiedzimy miasto - zaproponowałam bez zastanowienia.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - powiedział kot.
- O co nam szkodzi. Połazimy po rynku, odwiedzimy rzeźnika. - popatrzyłam na niego proszącym wzrokiem.
- A co z hyclami? Mogą nas złapać. - powiedział Leo jakoś mało przekonująco.
- Powiedz po prostu, że się boisz - odparłam lekko wyzywającym tonem.- Te durne hycle nawet nas nie złapią a nawet jeśli to i tak im uciekniemy.
- Wcale się nie boje - zapewnił kocur lekko urażony tym zarzutem. - Jak tak bardzo chcesz możemy iść.
Tak więc ruszyliśmy w stronę miasta. Droga minęła szybko. Po ok. godzinie wchodziliśmy do miasta. Szybko znaleźliśmy rzeźnika. W śmietnikach za jego zakładem można znaleźć najsmaczniejsze kąski. Niestety dziś już nas ubiegli i musieliśmy się pocieszyć kilkoma kawałkami szynki.
Po wyżerce poszliśmy na rynek. O dziwo gdy tam dotarliśmy i nie zastaliśmy jak zazwyczaj kramów. Na samym środku placu stało coś w rodzaju podestu lub sceny. Na tym podeście stał burmistrz, a w koło niego zebrała się tłum. Burmistrz coś tam mówi, ale nie byłam w stanie usłyszeć. Bez namysłu podeszłam bliżej, Leo chciał mnie zatrzymać ale nie zdążył. Dogonił mnie dopiero przy samej scenie. Burmistrz na nasz widok dostał szału.
- Lepiej stad wiejmy zaproponował kocur i nie czekając na odpowiedź zaczął uciekać. Ja zrobiłam to samo. Niestety nie dobiegliśmy daleko. Po chwili otoczyło nas pięciu hycli.
- No to mamy problem - podsumowałam kuląc się i sycząc. Jeszcze pamiętałam jak skończyło się ostatnie spotkanie z nimi. Nim się obejrzeliśmy siedzieliśmy w klatce wywożeni nie wiadomo gdzie.
- Przepraszam, że nas w to wpakowałam - powiedziałam skruszona. Bałam się, że przez moją głupotę możemy źle skończyć. Leo nic nie odpowiedział. Dojechaliśmy do dużego budynku. To chyba było schronisko. Mężczyźni wnieśli nas tam i przerzucili z jednej klatki do drugiej. Było mi wstyd przed Leonidasem i przed samą sobą. To przez moją lekkomyślność tu siedzieliśmy i bóg jeden wie co z nami zrobią. Skuliłam się w kącie klatki i nie wiedziałam co począć. Wolałam się nie odzywać.
,,Leo pewnie jest teraz na mnie zły", pomyślałam. Nie chciałam go jeszcze bardziej wkurzać. Bardzo go polubiłam i nie chciałam, żeby mnie znienawidził.
<Leo?>
- Może odwiedzimy miasto - zaproponowałam bez zastanowienia.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - powiedział kot.
- O co nam szkodzi. Połazimy po rynku, odwiedzimy rzeźnika. - popatrzyłam na niego proszącym wzrokiem.
- A co z hyclami? Mogą nas złapać. - powiedział Leo jakoś mało przekonująco.
- Powiedz po prostu, że się boisz - odparłam lekko wyzywającym tonem.- Te durne hycle nawet nas nie złapią a nawet jeśli to i tak im uciekniemy.
- Wcale się nie boje - zapewnił kocur lekko urażony tym zarzutem. - Jak tak bardzo chcesz możemy iść.
Tak więc ruszyliśmy w stronę miasta. Droga minęła szybko. Po ok. godzinie wchodziliśmy do miasta. Szybko znaleźliśmy rzeźnika. W śmietnikach za jego zakładem można znaleźć najsmaczniejsze kąski. Niestety dziś już nas ubiegli i musieliśmy się pocieszyć kilkoma kawałkami szynki.
Po wyżerce poszliśmy na rynek. O dziwo gdy tam dotarliśmy i nie zastaliśmy jak zazwyczaj kramów. Na samym środku placu stało coś w rodzaju podestu lub sceny. Na tym podeście stał burmistrz, a w koło niego zebrała się tłum. Burmistrz coś tam mówi, ale nie byłam w stanie usłyszeć. Bez namysłu podeszłam bliżej, Leo chciał mnie zatrzymać ale nie zdążył. Dogonił mnie dopiero przy samej scenie. Burmistrz na nasz widok dostał szału.
- Lepiej stad wiejmy zaproponował kocur i nie czekając na odpowiedź zaczął uciekać. Ja zrobiłam to samo. Niestety nie dobiegliśmy daleko. Po chwili otoczyło nas pięciu hycli.
- No to mamy problem - podsumowałam kuląc się i sycząc. Jeszcze pamiętałam jak skończyło się ostatnie spotkanie z nimi. Nim się obejrzeliśmy siedzieliśmy w klatce wywożeni nie wiadomo gdzie.
- Przepraszam, że nas w to wpakowałam - powiedziałam skruszona. Bałam się, że przez moją głupotę możemy źle skończyć. Leo nic nie odpowiedział. Dojechaliśmy do dużego budynku. To chyba było schronisko. Mężczyźni wnieśli nas tam i przerzucili z jednej klatki do drugiej. Było mi wstyd przed Leonidasem i przed samą sobą. To przez moją lekkomyślność tu siedzieliśmy i bóg jeden wie co z nami zrobią. Skuliłam się w kącie klatki i nie wiedziałam co począć. Wolałam się nie odzywać.
,,Leo pewnie jest teraz na mnie zły", pomyślałam. Nie chciałam go jeszcze bardziej wkurzać. Bardzo go polubiłam i nie chciałam, żeby mnie znienawidził.
<Leo?>
Od Chris'a
Urodziłem się jako bezdomny, zapchlony darmozjad. Moja matka nawet nie
wiedziała kto jest moim ojcem. Nie miałam rodzeństwa, a właściwie miałem
tylko martwe.
Matka starała się mną zajmować jak najlepiej. Uczyła mnie życia. Niestety w wieku roku straciłem ją. Zginęła pod kołami powozu. Wtedy już całkiem się usamodzielniłem. Miło było mieć kogoś przy sobie, ale teraz mam tylko jedną rzecz a mianowicie zasadę że na ulicy radzisz sobie sam. Po śmierci mamy szybko wpadłem w ,,niewłaściwe towarzystwo" i stałem się tym złym. Panienki na mnie leciały. Byłem najlepszym podrywaczem. Dziewczyn miałem na pęczki, ale kiedyś zarwałem nie potrzebnie do takiej jednej. Ona była dziewczyną Rusa. Czyli najsilniejszego kota jakiego znałem. Dał mi popalić. Do teraz mam blizny po nim i po jego ,,bandzie". Rus wypędził mnie z miasta. Żyłem sobie samotnie w lesie przez jedną noc, a z samego rana w oddali zobaczyłem kotkę. Podbiegłem do niej i powiedziałem:
- Cześć mała.
<Jakaś kotka>
Matka starała się mną zajmować jak najlepiej. Uczyła mnie życia. Niestety w wieku roku straciłem ją. Zginęła pod kołami powozu. Wtedy już całkiem się usamodzielniłem. Miło było mieć kogoś przy sobie, ale teraz mam tylko jedną rzecz a mianowicie zasadę że na ulicy radzisz sobie sam. Po śmierci mamy szybko wpadłem w ,,niewłaściwe towarzystwo" i stałem się tym złym. Panienki na mnie leciały. Byłem najlepszym podrywaczem. Dziewczyn miałem na pęczki, ale kiedyś zarwałem nie potrzebnie do takiej jednej. Ona była dziewczyną Rusa. Czyli najsilniejszego kota jakiego znałem. Dał mi popalić. Do teraz mam blizny po nim i po jego ,,bandzie". Rus wypędził mnie z miasta. Żyłem sobie samotnie w lesie przez jedną noc, a z samego rana w oddali zobaczyłem kotkę. Podbiegłem do niej i powiedziałem:
- Cześć mała.
<Jakaś kotka>
Chris
Imię: Chris (czyt.: Kris)
Wiek: 3 lata
Płeć: Kocur
Rasa: Krótkowłosa
Stanowisko: Wojownik
Wiek: 3 lata
Płeć: Kocur
Rasa: Krótkowłosa
Stanowisko: Wojownik
Charakter: Chris jest kotem podrywaczem. Uwielbia przygody. Jest odważny,
ambitny i waleczny. Można by go określić mianem ,,niegrzeczny
chłopiec". Lubi łamać zasady. Jest bardzo towarzyski, ale dla słabszych
od siebie potrafi być wredny i chamski. Nie jest bardzo odpowiedzialny
ale jeśli znajdzie dobrą partnerkę na stałe to się zmieni.
~*~
Zauroczenie: -
Rodzina:
Matka - Kalipso (krótkowłosa)
Ojciec - nie znany (krótkowłosy)
Rodzeństwo - tylko on urodził się żywy Potomstwo: Kto wie czy przypadkiem gdzieś tam na świecie ich nie paru ,,przez przypadek"
~*~
Żywioł: Ogień
Moce: Rozpalanie ognia, Ognista tarcza, Przekierowanie błyskawicy
~*~
Historia: Urodził się na ulicy. Był przypadkowym dzieckiem. Tylko on przetrwał z całego miotu. Matka starała się o niego dbać ale zginęła. On został sam. Radził sobie sam aż do momentu w którym trafił tu.
Właściciel: Kreda (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 15; PRĘDKOŚĆ - 15; SIŁA -30 ; ZWINNOŚĆ - 20; ŁOWIECTWO - 20
Zauroczenie: -
Rodzina:
Matka - Kalipso (krótkowłosa)
Ojciec - nie znany (krótkowłosy)
Rodzeństwo - tylko on urodził się żywy Potomstwo: Kto wie czy przypadkiem gdzieś tam na świecie ich nie paru ,,przez przypadek"
~*~
Żywioł: Ogień
Moce: Rozpalanie ognia, Ognista tarcza, Przekierowanie błyskawicy
~*~
Historia: Urodził się na ulicy. Był przypadkowym dzieckiem. Tylko on przetrwał z całego miotu. Matka starała się o niego dbać ale zginęła. On został sam. Radził sobie sam aż do momentu w którym trafił tu.
Właściciel: Kreda (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 15; PRĘDKOŚĆ - 15; SIŁA -30 ; ZWINNOŚĆ - 20; ŁOWIECTWO - 20
Od Lydianne
Spokojnie szłam cichą dróżką. Przez las. Musiałam się pożywić. Nie
jadłam nic od tygodnia. To nie przez to, że nie umiem nic upolować,
tylko nigdzie nic nie mogłam znaleźć...
Burczało mi w brzuchu. Coraz głośniej. W powietrzu latały ptaki, trzepocąc skrzydłami, a ja patrzałam na nie z umiłowaniem. Nie, nie chciałam ich zjeść. Po prostu uwielbiam patrzeć na ptaki. Na przykład taki orzeł. Majestatyczny, niebezpieczny i ogromny. Uwielbiam takie zwierzęta. Zdecydowanie chciałabym móc, latać, tak po niebie, jak wolny ptak.
Tak więc już nie zwracając uwagi na latające wysoko jaskółki, dreptałam sobie wolno wąską ścieżką. Teraz szłam przez łąkę. Wokół mnie rosło sporo dzikich roślin. Gdzieniegdzie były kłosy zboża, a co jakiś czas po obu stronach dróżki spotykałam dość wysokie krzaczki.
Zatrzymałam się gwałtownie, ponieważ usłyszałam jak coś przebiega szybko w trawie. Już po chwili moje zielone, bystre oczy dostrzegły tłustą mysz siedzącą koło krzaczka.
Zaczęłam cichutko skradać się w jej kierunku, aż w końcu skoczyłam i przygniotłam mysz łapkami. Udusiłam ją i zjadłam ze smakiem. To było właśnie to czego tak bardzo potrzebowałam – dobre, samodzielnie upolowane jedzenie. Chciałabym móc polować bez końca. To jest takie uczucie własnej siły i zdolności. Niedługo potem, dostrzegłam kolejną tłustą myszkę. Tym razem, jeszcze ciszej skradałam się do niej. Udoskonalałam moje zdolności łowieckie, które pozwalały mi na wiele rzeczy. Mogłam być bardzo dobrym myśliwym w przyszłości. Nie chciałabym aby moje przyszłe dzieci głodowały, więc muszę stanowczo ćwiczyć polowanie.
- Hm… Tak długo wędruję w samotności… Może jednak powinnam znaleźć sobie jakiegoś towarzysza? - spytałam sama siebie. Po chwili usłyszałam w pobliżu trzepot skrzydeł.
- Albo powinnaś dołączyć do jakiegoś stada? - usłyszałam cieniutki głosik. Spojrzałam w stronę z której dobiegał. Na gałązce młodego klonu siedziała jaskółka. Wyglądała na wesołą. Nie chciałam jej zjeść, bo pożywiłam się już dwoma tłustymi, smacznymi myszami.
- Jakiego stada? - zaciekawiłam się. Usiadłam przed klonem i lekko przechyliłam główkę w prawą stronę. Jaskółka wzleciała, zatoczyła w powietrzu koło i z powrotem usiadła na gałązce. Zatrzepotała skrzydełkami. Byłam strasznie ciekawa o co chodzi, a ona dalej nic nie mówiła.
- No powiedz coś wreszcie! - krzyknęłam, a mały ptaszek odchrząknął.
- Kawał drogi stąd jest stado kotów Kocia Duma. Myślę, że ktoś taki jak ty by tam pasował. Wiesz? Są tam bardzo uprzejme koty, jeszcze żaden na mnie nie polował - zaśmiała się jaskółka, a ja podskoczyłam. Umyłam lewe ucho i przymknęłam jedno oko. Wyglądałam zapewne śmiesznie.
- A więc..? Jak się tam dostać? - spytałam. Jaskółka wzleciała wysoko w powietrze, rozejrzała się, a następnie powróciła na gałąź.
- Skieruj się na wschód i przy Wodospadzie Naluka skręć w prawo. Potem już będziesz wiedziała jak iść- powiedziała jaskółka po czym szybko odleciała.
Tak więc, skierowałam się na wschód, czyli w stronę w którą szłam od początku. Maszerowałam ścieżką, cały czas na wschód. Zgodnie ze wskazówką od jaskółki, skręciłam w prawo przy wodospadzie, a tam… Spotkałam tam starego kota.
Najwyraźniej pracował tam, bo wiele wędrownych kotów zatrzymywało się tam, jadło i nocowało. To był taki hotel, w pustym drzewie. Było ono ogromne i zrobione tam były pokoje, było ich 20, każde na piętrze. Taki drewniany domek. Tyle, że w burze niebezpieczny.
- Dzień dobry - zwróciłam się do starca.
- Witam, w czym mogę pomóc? - spytał uprzejmie, uśmiechając się do mnie.
- Chciałam się dowiedzieć jak trafić na tereny stada kotów Kocia Duma? - spytałam. Starzec pokiwał głową wciąż się uśmiechając.
- To przynajmniej dwa dni drogi stąd. A zbiera się na burzę, poza tym, jest już wieczór. Czy nie wolałaby panienka przenocować tutaj i poczekać do jutra?
- Ale… Skoro zbiera się na burzę, to nie lepiej nie przebywać w pobliżu drzewa? - zapytałam lekko zdziwiona. Starzec zaśmiał się.
- To drzewo chroni magiczne pole siłowe, które mogą przekroczyć jedynie koty, myszy i małe ptaki. A więc jesteśmy tu bezpieczni- odrzekł kot. Uśmiechnęłam się. Tak więc przenocowałam w drzewie, a z samego rana ruszyłam w drogę.
W końcu dotarłam. Minęło kilka minut zanim przejęli mnie do stada, bo uważali, że mam pchły i tym podobne, ale jednak mi się udało.
Burczało mi w brzuchu. Coraz głośniej. W powietrzu latały ptaki, trzepocąc skrzydłami, a ja patrzałam na nie z umiłowaniem. Nie, nie chciałam ich zjeść. Po prostu uwielbiam patrzeć na ptaki. Na przykład taki orzeł. Majestatyczny, niebezpieczny i ogromny. Uwielbiam takie zwierzęta. Zdecydowanie chciałabym móc, latać, tak po niebie, jak wolny ptak.
Tak więc już nie zwracając uwagi na latające wysoko jaskółki, dreptałam sobie wolno wąską ścieżką. Teraz szłam przez łąkę. Wokół mnie rosło sporo dzikich roślin. Gdzieniegdzie były kłosy zboża, a co jakiś czas po obu stronach dróżki spotykałam dość wysokie krzaczki.
Zatrzymałam się gwałtownie, ponieważ usłyszałam jak coś przebiega szybko w trawie. Już po chwili moje zielone, bystre oczy dostrzegły tłustą mysz siedzącą koło krzaczka.
Zaczęłam cichutko skradać się w jej kierunku, aż w końcu skoczyłam i przygniotłam mysz łapkami. Udusiłam ją i zjadłam ze smakiem. To było właśnie to czego tak bardzo potrzebowałam – dobre, samodzielnie upolowane jedzenie. Chciałabym móc polować bez końca. To jest takie uczucie własnej siły i zdolności. Niedługo potem, dostrzegłam kolejną tłustą myszkę. Tym razem, jeszcze ciszej skradałam się do niej. Udoskonalałam moje zdolności łowieckie, które pozwalały mi na wiele rzeczy. Mogłam być bardzo dobrym myśliwym w przyszłości. Nie chciałabym aby moje przyszłe dzieci głodowały, więc muszę stanowczo ćwiczyć polowanie.
- Hm… Tak długo wędruję w samotności… Może jednak powinnam znaleźć sobie jakiegoś towarzysza? - spytałam sama siebie. Po chwili usłyszałam w pobliżu trzepot skrzydeł.
- Albo powinnaś dołączyć do jakiegoś stada? - usłyszałam cieniutki głosik. Spojrzałam w stronę z której dobiegał. Na gałązce młodego klonu siedziała jaskółka. Wyglądała na wesołą. Nie chciałam jej zjeść, bo pożywiłam się już dwoma tłustymi, smacznymi myszami.
- Jakiego stada? - zaciekawiłam się. Usiadłam przed klonem i lekko przechyliłam główkę w prawą stronę. Jaskółka wzleciała, zatoczyła w powietrzu koło i z powrotem usiadła na gałązce. Zatrzepotała skrzydełkami. Byłam strasznie ciekawa o co chodzi, a ona dalej nic nie mówiła.
- No powiedz coś wreszcie! - krzyknęłam, a mały ptaszek odchrząknął.
- Kawał drogi stąd jest stado kotów Kocia Duma. Myślę, że ktoś taki jak ty by tam pasował. Wiesz? Są tam bardzo uprzejme koty, jeszcze żaden na mnie nie polował - zaśmiała się jaskółka, a ja podskoczyłam. Umyłam lewe ucho i przymknęłam jedno oko. Wyglądałam zapewne śmiesznie.
- A więc..? Jak się tam dostać? - spytałam. Jaskółka wzleciała wysoko w powietrze, rozejrzała się, a następnie powróciła na gałąź.
- Skieruj się na wschód i przy Wodospadzie Naluka skręć w prawo. Potem już będziesz wiedziała jak iść- powiedziała jaskółka po czym szybko odleciała.
Tak więc, skierowałam się na wschód, czyli w stronę w którą szłam od początku. Maszerowałam ścieżką, cały czas na wschód. Zgodnie ze wskazówką od jaskółki, skręciłam w prawo przy wodospadzie, a tam… Spotkałam tam starego kota.
Najwyraźniej pracował tam, bo wiele wędrownych kotów zatrzymywało się tam, jadło i nocowało. To był taki hotel, w pustym drzewie. Było ono ogromne i zrobione tam były pokoje, było ich 20, każde na piętrze. Taki drewniany domek. Tyle, że w burze niebezpieczny.
- Dzień dobry - zwróciłam się do starca.
- Witam, w czym mogę pomóc? - spytał uprzejmie, uśmiechając się do mnie.
- Chciałam się dowiedzieć jak trafić na tereny stada kotów Kocia Duma? - spytałam. Starzec pokiwał głową wciąż się uśmiechając.
- To przynajmniej dwa dni drogi stąd. A zbiera się na burzę, poza tym, jest już wieczór. Czy nie wolałaby panienka przenocować tutaj i poczekać do jutra?
- Ale… Skoro zbiera się na burzę, to nie lepiej nie przebywać w pobliżu drzewa? - zapytałam lekko zdziwiona. Starzec zaśmiał się.
- To drzewo chroni magiczne pole siłowe, które mogą przekroczyć jedynie koty, myszy i małe ptaki. A więc jesteśmy tu bezpieczni- odrzekł kot. Uśmiechnęłam się. Tak więc przenocowałam w drzewie, a z samego rana ruszyłam w drogę.
W końcu dotarłam. Minęło kilka minut zanim przejęli mnie do stada, bo uważali, że mam pchły i tym podobne, ale jednak mi się udało.
Od Leo C.D. opowiadania White
Od razu poszedłem za nią. Gdy zwolniła machała tylko uniesionym wysoko białym ogonem. Też postanowiłem zachować dumę i uniosłem wysoko ogon truchtając ku kotce. Szliśmy leśną ścieżką i gawędziliśmy. nie poruszałem już tematu człowieka.
- A jakie jeszcze masz moce? - zapytałem nagle. - Na razie pokazałaś mi tylko latanie.
- Znam mowę wiatru i mogę siedzieć na chmurach - odparła. - A ty? Zmieniasz kolory. Coś jeszcze?
- No... Mogę zmieniać kogoś lub coś w inne rzeczy i siebie w człowieka...
- Ojej! W człowieka?!
White Star była wyraźnie ciekawa tej drugiej mocy. Źrenice się jej rozszerzyły i zwróciła te wielkie gały w moim kierunku.
- No... Ee... W człowieka... Pokazać?
Nic nie powiedziała tylko żywiołowo kiwnęła głową. Ujrzałem w tym szansę na popis i odzyskałem śmiałość.
- Dobrze! Odsuń się! - nakazałem jej.
Wykonała polecenie, a ja zmieniłem się w wysokiego mężczyznę ubranego jak arystokrata. Miałem sięgające ramion blond włosy z czarnymi pasemkami, zapewne niebieskie oczy.
Skłoniłem się nisko przed kotką, choć zrobiłem to niezgrabnie (kolana). Kotka zachichotała.
- Ale - odezwałem się. - Nie mogę mówić z ludźmi. Zrozumieją tylko miauczenie. Często udaje przed nimi głuchego gdy spaceruje jako człowiek po Darle.
<White?>
- A jakie jeszcze masz moce? - zapytałem nagle. - Na razie pokazałaś mi tylko latanie.
- Znam mowę wiatru i mogę siedzieć na chmurach - odparła. - A ty? Zmieniasz kolory. Coś jeszcze?
- No... Mogę zmieniać kogoś lub coś w inne rzeczy i siebie w człowieka...
- Ojej! W człowieka?!
White Star była wyraźnie ciekawa tej drugiej mocy. Źrenice się jej rozszerzyły i zwróciła te wielkie gały w moim kierunku.
- No... Ee... W człowieka... Pokazać?
Nic nie powiedziała tylko żywiołowo kiwnęła głową. Ujrzałem w tym szansę na popis i odzyskałem śmiałość.
- Dobrze! Odsuń się! - nakazałem jej.
Wykonała polecenie, a ja zmieniłem się w wysokiego mężczyznę ubranego jak arystokrata. Miałem sięgające ramion blond włosy z czarnymi pasemkami, zapewne niebieskie oczy.
Skłoniłem się nisko przed kotką, choć zrobiłem to niezgrabnie (kolana). Kotka zachichotała.
- Ale - odezwałem się. - Nie mogę mówić z ludźmi. Zrozumieją tylko miauczenie. Często udaje przed nimi głuchego gdy spaceruje jako człowiek po Darle.
<White?>
Od White C.D. opowiadania Leo
Zachowanie Leo ani trochę mnie nie zdziwiło. W końcu on nie lubi ludzi.
- Uspokój się, zaraz ci wszystko wyjaśnię - powiedziałam podchodząc do kocura.
- No to słucham! - powiedział wyraźnie zły.
- Ten mężczyzna to służący w domu mojego dawnego pana. To poczciwy staruszek. Mam do niego pełne zaufanie. Nie po wie o nas nikomu - powiedziałam
- Tak, akurat - Leo jakoś nie bardzo mi wierzył.
- Jeżeli nie ufasz ludziom to chociaż mnie zaufaj i przestań syczeć - podeszłam jeszcze bliżej kocura i stanęłam na przeciwko niego tak by patrzył mi w oczy.
- No dobrze - jęknął i spokojnie usiadł. Co prawa nie dał się pogłaskać, ale zjadł rybę, którą dostała od staruszka.
- Przepraszam was, ale muszę już iść - powiedział mężczyzna i wstał. Leo został przy rzece, a ja odprowadziłam człowieka kawałek.
- Pilnuj tego swojego kolegę, świetnie do siebie pasujecie - poradził z uśmiechem.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
- Żegnaj Gwiazdeczko, mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy - pożegnał się i poszedł w swoją stronę. Wróciłam do kocura nadal nie zadowolonego z mojego postępowania.
- Nie bądź na mnie zły, nie mogłam odmówić staruszkowi tej przyjemności - wyjaśniłam - Ten mężczyzna jako jedyny mnie rozumiał gdy mieszkałam w domu kupca. Na pewno nas nie wyda. Leo nic nie odpowiedział, moje wyjaśnienia go nie przekonały. No przepraszam, postąpiłam trochę lekkomyślnie - spojrzałam kocurowi prosto w oczy.
- Trochę!!! - powiedział wyrżnie poirytowany.
- Och, nie złość się już. Jest piękna pogoda chodźmy na spacer i zapomnijmy o tym wydarzeniu. - Uśmiechnęłam się, pocałowałam Leo w policzek i pobiegłam w stronę polany.
<Leo?>
- Uspokój się, zaraz ci wszystko wyjaśnię - powiedziałam podchodząc do kocura.
- No to słucham! - powiedział wyraźnie zły.
- Ten mężczyzna to służący w domu mojego dawnego pana. To poczciwy staruszek. Mam do niego pełne zaufanie. Nie po wie o nas nikomu - powiedziałam
- Tak, akurat - Leo jakoś nie bardzo mi wierzył.
- Jeżeli nie ufasz ludziom to chociaż mnie zaufaj i przestań syczeć - podeszłam jeszcze bliżej kocura i stanęłam na przeciwko niego tak by patrzył mi w oczy.
- No dobrze - jęknął i spokojnie usiadł. Co prawa nie dał się pogłaskać, ale zjadł rybę, którą dostała od staruszka.
- Przepraszam was, ale muszę już iść - powiedział mężczyzna i wstał. Leo został przy rzece, a ja odprowadziłam człowieka kawałek.
- Pilnuj tego swojego kolegę, świetnie do siebie pasujecie - poradził z uśmiechem.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
- Żegnaj Gwiazdeczko, mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy - pożegnał się i poszedł w swoją stronę. Wróciłam do kocura nadal nie zadowolonego z mojego postępowania.
- Nie bądź na mnie zły, nie mogłam odmówić staruszkowi tej przyjemności - wyjaśniłam - Ten mężczyzna jako jedyny mnie rozumiał gdy mieszkałam w domu kupca. Na pewno nas nie wyda. Leo nic nie odpowiedział, moje wyjaśnienia go nie przekonały. No przepraszam, postąpiłam trochę lekkomyślnie - spojrzałam kocurowi prosto w oczy.
- Trochę!!! - powiedział wyrżnie poirytowany.
- Och, nie złość się już. Jest piękna pogoda chodźmy na spacer i zapomnijmy o tym wydarzeniu. - Uśmiechnęłam się, pocałowałam Leo w policzek i pobiegłam w stronę polany.
<Leo?>
Lydi
Imię: Lydianne (czyt.: Lidijan)
[Lydi]
Wiek: 4,5 roku
[Lydi]
Wiek: 4,5 roku
Płeć: Kotka
Rasa: Mieszana - Długowłosa/Krótkowłosa
Stanowisko: Wojowniczka
Charakter: Lydianne jest bardzo skomplikowana. Jest zagadką. Tak naprawdę nikt w pełni nie odkrył jej charakteru. Potrafi być opanowana, ale i stanowcza. Czasami może wybuchnąć, chociaż nikt nie wie w jaki sposób można ją zdenerwować. Jeśli ma zły dzień, potrafi niszczyć wszystko co stoi jej na drodze. Jednak mimo wybuchowego charakteru, jest bardzo pomocną i miłą kotką. Ale nie są to wszystkie jej cechy charakteru. Przez to, że spędza więcej czasu w samotności niż w towarzystwie innych kotów, może nikt nigdy nie odkryje jej cech? Nikt tego nie wie...
~*~
Zauroczenie: Jej celem jest znaleźć kogoś, kto pokocha ją i jej charakter, nie fałszywca, który zakocha się w jej wyglądzie.
Rodzina:
Matka - Lisy (mieszaniec)
Ojciec - Latiko (mieszaniec)
Rodzeństwo - Lucy, Luke, Lily, Lana (w jej rodzinie tradycją jest dawać imiona na "L")
Potomstwo: Nie ma, lecz chciałaby jak najszybciej.
~*~
Żywioł: Przemiana
Moce: Zmiana kształtu (kot), Zmiana koloru oczu, Różne języki
~*~
Historia: Problem jest w tym, że Lydi nie zna swojej historii. Kiedyś ktoś rzucił na nią czar. Dlatego pamięta tylko urywki wydarzeń ze swojego życia. Wie, że miała trzy siostry i brata. I wie, że brata zabił wilk, ale nie ma pojęcia co stało się z resztą rodziny. Czar zmienił również minimalnie jej anatomię, psychikę i organizm. Najgorsze w tym jest to, że Lydianne nie ma pojęcia jak używać magicznych mocy, które przekazał jej czar. Raz przechadzając się jakąś dróżką zaatakował ją biegnący łoś, a ona się wystraszyła i łoś nagle zniknął. To z pewnością była jedna z jej sekretnych mocy, ale nie ma pojęcia co jeszcze posiada i jak tego używać.
Właściciel: dragon245 | Howrse
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ 10 ; PRĘDKOŚĆ 20 ; SIŁA 20 ; ZWINNOŚĆ 20 ; ŁOWIECTWO 30
Rasa: Mieszana - Długowłosa/Krótkowłosa
Stanowisko: Wojowniczka
Charakter: Lydianne jest bardzo skomplikowana. Jest zagadką. Tak naprawdę nikt w pełni nie odkrył jej charakteru. Potrafi być opanowana, ale i stanowcza. Czasami może wybuchnąć, chociaż nikt nie wie w jaki sposób można ją zdenerwować. Jeśli ma zły dzień, potrafi niszczyć wszystko co stoi jej na drodze. Jednak mimo wybuchowego charakteru, jest bardzo pomocną i miłą kotką. Ale nie są to wszystkie jej cechy charakteru. Przez to, że spędza więcej czasu w samotności niż w towarzystwie innych kotów, może nikt nigdy nie odkryje jej cech? Nikt tego nie wie...
~*~
Zauroczenie: Jej celem jest znaleźć kogoś, kto pokocha ją i jej charakter, nie fałszywca, który zakocha się w jej wyglądzie.
Rodzina:
Matka - Lisy (mieszaniec)
Ojciec - Latiko (mieszaniec)
Rodzeństwo - Lucy, Luke, Lily, Lana (w jej rodzinie tradycją jest dawać imiona na "L")
Potomstwo: Nie ma, lecz chciałaby jak najszybciej.
~*~
Żywioł: Przemiana
Moce: Zmiana kształtu (kot), Zmiana koloru oczu, Różne języki
~*~
Historia: Problem jest w tym, że Lydi nie zna swojej historii. Kiedyś ktoś rzucił na nią czar. Dlatego pamięta tylko urywki wydarzeń ze swojego życia. Wie, że miała trzy siostry i brata. I wie, że brata zabił wilk, ale nie ma pojęcia co stało się z resztą rodziny. Czar zmienił również minimalnie jej anatomię, psychikę i organizm. Najgorsze w tym jest to, że Lydianne nie ma pojęcia jak używać magicznych mocy, które przekazał jej czar. Raz przechadzając się jakąś dróżką zaatakował ją biegnący łoś, a ona się wystraszyła i łoś nagle zniknął. To z pewnością była jedna z jej sekretnych mocy, ale nie ma pojęcia co jeszcze posiada i jak tego używać.
Właściciel: dragon245 | Howrse
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ 10 ; PRĘDKOŚĆ 20 ; SIŁA 20 ; ZWINNOŚĆ 20 ; ŁOWIECTWO 30
Weiss
Imię: Weiss
Wiek: 4 lata
Płeć: Kotka
Rasa: Krótkowłosa
Stanowisko: Opiekunka młodych
Charakter: Miła i przyjacielska kotka. Niestety czasem bywa nieco nieśmiała. Jest bardzo emocjonalna i potrafi przejąć się nawet najbardziej błahą rzeczą. Jest bardzo uczuciowa i opiekuńcza oraz kochająca. Weiss jest naprawdę wierna i oddana rodzinie oraz przyjaciołom, jest w stanie poświęcić wszystko dla dobra stada i bliskich.
~*~
Zauroczenie: Brak
Rodzina:
Matka - Ruby (krótkowłosa)
Ojciec - Blake (krótkowłosy)
Potomstwo: Brak
~*~
Żywioł: ---
Moce: ---
~*~
Historia: Weiss urodziła się w niewielkiej hodowli. Panowała tam miła atmosfera a rodzice bardzo ją kochali. Zapragnęła jednak poznać świat a rodzice pragnęli dobra córki dlatego też pomogli jej uciec. Zwiedzała różne miejsca aż w końcu natrafiła na jedną z alf klanu Cat's Pride. Dołączyła do niego rozpoczynając zupełnie nowe życie.
Właściciel: Terezi (howrse) / anako (doggi)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 35; PRĘDKOŚĆ - 20; SIŁA - 10; ZWINNOŚĆ - 20; ŁOWIECTWO - 15
środa, 13 sierpnia 2014
Od Melanie C.D. opowiadania Bright'a
- Chętnie przyjdę - odpowiedziałam. - Skoro to nie randka... Tylko załatwię parę spraw i... Widzimy się na Wysokiej Lipie, co?
- Lipie? - zapytał zdziwiony.
- No... Lipie! Takim drzewie w środku lasu.
Bright był ciut zmieszany, ale nim zdążył się odezwać odeszłam. Szłam ścieżką poza nasze tereny. Słońce jeszcze nie zaszło gdy weszłam na Łąkę. Była skąpana w promieniach słońca. Powoli szłam przez trawę, aż wkroczyłam na dróżkę udeptaną przez sarny. przeszłam nią prawie całą Łąkę. zobaczyłam to co chciałam ujrzeć. Słup po środku kompletnego pustkowia. Wskoczyłam na niego i czekałam.
Nie minęło nawet dziesięć minut gdy zobaczyłam dziwaczną kobietę. Tak! Człowieka! Szła przez pole ubrana w długą zieloną suknię z najdroższych materiałów. Miała żakiet w tym samym kolorze i na czarnych upiętych w wymyślny kok włosach widniał kapelusz, również zielony. Gdy podeszła dostrzegłam jej białą jak śnieg skórę i czerwone niczym krew usta. Miała też wielkie zielone oczy. Szła niezgrabnie przez łąkę ku mnie.
- Spóźniłaś się Shadow! - syknęłam na nią.
- Ależ Mela nie wolno poganiać kobiety! - odparła i zmieniała się w czarną krótkowłosą kotkę.
- Mów! Czego chce znowu Makro!?
- Ależ Kochana nie poganiaj mnie tak! Jeszcze mamy sporo czasu...
- Wcale nie! - krzyknęłam patrząc na niebo. - Przekazuj już lepiej ta wiadomość!
- No dobrze! Więc Makro chce wiedzieć jak sobie radzisz. No wiesz! Jako alpha...
- Radzę sobie doskonale - powiedziałam z oburzeniem. - I tylko po to ten stary dureń zawracał mi głowę?!
Nastała chwila ciszy. Shadow nawet na mnie nie spojrzała. Uznałam to za potwierdzenie moich obaw wiec zeskoczyłam ze słupa i zaczęłam się oddalać.
- Nie - usłyszałam nagle głos czarnej kotki. - kazał mi coś jeszcze powiedzieć...
- Co?
- Pojawiło się nowe zagrożenie. Chcą... Skarbu!
- Kto?
- Oni! Zwolennicy Karou! Ostatniego potomka Bell! Nie powinnam tego mówić... Przyjdź z drugą alphą... Za trzy dni! Przyprowadzę członków Bractwa.
Nie zdążyłam nic powiedzieć gdy kotka prędko uciekła. Teraz nie myślałam o niczym tylko o spotkaniu z Bright'em.
<Brig?>
- Lipie? - zapytał zdziwiony.
- No... Lipie! Takim drzewie w środku lasu.
Bright był ciut zmieszany, ale nim zdążył się odezwać odeszłam. Szłam ścieżką poza nasze tereny. Słońce jeszcze nie zaszło gdy weszłam na Łąkę. Była skąpana w promieniach słońca. Powoli szłam przez trawę, aż wkroczyłam na dróżkę udeptaną przez sarny. przeszłam nią prawie całą Łąkę. zobaczyłam to co chciałam ujrzeć. Słup po środku kompletnego pustkowia. Wskoczyłam na niego i czekałam.
Nie minęło nawet dziesięć minut gdy zobaczyłam dziwaczną kobietę. Tak! Człowieka! Szła przez pole ubrana w długą zieloną suknię z najdroższych materiałów. Miała żakiet w tym samym kolorze i na czarnych upiętych w wymyślny kok włosach widniał kapelusz, również zielony. Gdy podeszła dostrzegłam jej białą jak śnieg skórę i czerwone niczym krew usta. Miała też wielkie zielone oczy. Szła niezgrabnie przez łąkę ku mnie.
- Spóźniłaś się Shadow! - syknęłam na nią.
- Ależ Mela nie wolno poganiać kobiety! - odparła i zmieniała się w czarną krótkowłosą kotkę.
- Mów! Czego chce znowu Makro!?
- Ależ Kochana nie poganiaj mnie tak! Jeszcze mamy sporo czasu...
- Wcale nie! - krzyknęłam patrząc na niebo. - Przekazuj już lepiej ta wiadomość!
- No dobrze! Więc Makro chce wiedzieć jak sobie radzisz. No wiesz! Jako alpha...
- Radzę sobie doskonale - powiedziałam z oburzeniem. - I tylko po to ten stary dureń zawracał mi głowę?!
Nastała chwila ciszy. Shadow nawet na mnie nie spojrzała. Uznałam to za potwierdzenie moich obaw wiec zeskoczyłam ze słupa i zaczęłam się oddalać.
- Nie - usłyszałam nagle głos czarnej kotki. - kazał mi coś jeszcze powiedzieć...
- Co?
- Pojawiło się nowe zagrożenie. Chcą... Skarbu!
- Kto?
- Oni! Zwolennicy Karou! Ostatniego potomka Bell! Nie powinnam tego mówić... Przyjdź z drugą alphą... Za trzy dni! Przyprowadzę członków Bractwa.
Nie zdążyłam nic powiedzieć gdy kotka prędko uciekła. Teraz nie myślałam o niczym tylko o spotkaniu z Bright'em.
<Brig?>
Od Leo C.D. opowiadania White
Obudziłem się dość późno. Nie było jeszcze południa, ale z pewnością było po dziesiątej. Porządnie ziewnąłem. Miałem tej nocy przepiękny sen. Była w nim śnieżnobiała kotka o mocach powietrza. Oprowadzałem ją po terenach stada i... Czy to był na pewno sen?
Spojrzałem z drzewa na ziemię tam hałasowała rzeka, a nad rzeką... Biała kotka i... Człowiek! Skoro to nie był sen to znaczy, że kotka należy do stada, jeśli należy do stada to jest dzikim kotem, a jeśli jest dzika to co tu robi człowiek?!
Zakłopotany zeskoczyłem z drzewa. Upadłem na wilgotną trawę. Zobaczyłem jak człowiek wyciąga do niej rękę. Wiedziałem, że jeśli użyję mocy człowiek rozgada to innym ze swojego gatunku. Jednak z drugiej strony kto uwierzy w magicznego kota, jeszcze takiemu staremu cwelowi! Zakradłem się jak najbliżej mężczyzny i groźnie zasyczałem. Łasząca się do człowieka White spojrzała w moim kierunku. Groźnie warczałem i syczałem powoli zmierzając ku mężczyźnie i kotce.
- Leo uspokój się! - powiedziała Biała. - To przyjaciel.
Słowo "przyjaciel" zabrzmiało co najmniej dziwnie. Człowiek przyjacielem? Niech skonam! Jednak... Skoro Ona tak mówi...
Powoli podszedłem kuląc się do człowieka. On przyjacielsko wyciągnął do mnie rękę. Syknąłem cicho.
- Ten twój koleżka to ma charakterek - powiedział do kotki.
<White?>
Spojrzałem z drzewa na ziemię tam hałasowała rzeka, a nad rzeką... Biała kotka i... Człowiek! Skoro to nie był sen to znaczy, że kotka należy do stada, jeśli należy do stada to jest dzikim kotem, a jeśli jest dzika to co tu robi człowiek?!
Zakłopotany zeskoczyłem z drzewa. Upadłem na wilgotną trawę. Zobaczyłem jak człowiek wyciąga do niej rękę. Wiedziałem, że jeśli użyję mocy człowiek rozgada to innym ze swojego gatunku. Jednak z drugiej strony kto uwierzy w magicznego kota, jeszcze takiemu staremu cwelowi! Zakradłem się jak najbliżej mężczyzny i groźnie zasyczałem. Łasząca się do człowieka White spojrzała w moim kierunku. Groźnie warczałem i syczałem powoli zmierzając ku mężczyźnie i kotce.
- Leo uspokój się! - powiedziała Biała. - To przyjaciel.
Słowo "przyjaciel" zabrzmiało co najmniej dziwnie. Człowiek przyjacielem? Niech skonam! Jednak... Skoro Ona tak mówi...
Powoli podszedłem kuląc się do człowieka. On przyjacielsko wyciągnął do mnie rękę. Syknąłem cicho.
- Ten twój koleżka to ma charakterek - powiedział do kotki.
<White?>
Od White C.D. opowiadania Leo
Na widok rybki przypomniałam sobie, że przez cały dzień prawie nic nie
zjadłam. Zaczęło burczeć mi w brzuchu. Jednym kłapnięciem zębów
złapałam wyskakującą z wody rybkę i połknęłam ją. Leo najwyraźniej
zauważył jak łapczywie to zrobiłam.
- Poczekaj tu chwilkę, a ja zaraz przyniosę coś do jedzenia - oznajmił i nim zdążyłam powiedzieć, że sama sobie coś upoluję kocur zniknął mi z oczu. Przypatrywałam się chwile jak w woda płynie swoim nurtem, aż zjawił się Leonidas z dorodnym bażantem w pysku. Na sam widok ptaka zaczęłam się oblizywać. Od kilku dni jadłam wyłącznie gryzonie. We dwoje szybko zjedliśmy bażanta, zostały z niego same pióra i kości.
Słońce już zaszło po jedzeniu byłam zmęczona i nie miałam najmniejszej ochoty wracać na polane, Leo zresztą też. Stwierdziłam,że najbezpieczniej będzie wdrapać się na drzewo i tam zasnąć. Wleciałam na jeden z pobliskich dębów i położyłam się na gałęzi. Po chwili dołączył do mnie Leo. Jemu trochę to zajęło, bo musiał się wspinać.
Noc minęła spokojnie. Obudziłam się wcześnie rano i zeszłam z drzewa. Mój towarzysz jeszcze smacznie spał. Poranna rosa zwilżyła moje łapy. Napiłam się trochę wody z rzeki i rozejrzałam w koło. Za dnia to miejsce było jeszcze piękniejsze niż wczoraj.
Nagle w niewielkiej odległości od miejsca w którym stała z za krzaków wyszedł starszy człowiek niosący wędkę i wiadro.Usiadł na sporym kamieniu z zaczął łowić. Ciekawość pchała mnie coraz bliżej rybaka. Przypatrzyłam mu się uważniej. To jeden ze służących z mojego dawnego pana. Pomagał w domu kupca. W pewnej chwili przyszedł mi do głowy szalony pomysł. Zastanawiałam się czy mnie jeszcze pamięta. Podeszłam do niego bliżej. Staruszek uśmiechnął się i wyciągnął rękę aby mnie pogłaskać. Cofnęłam się nie spokojnie.
- Och Biała już mnie nie pamiętasz, co? - powiedział wyciągając z wody nie dużą rybkę. - Nawet nie wiesz jak córki kupca po tobie rozpaczały, ojciec musiał im kupić nowego kota.
Mężczyzna rzucił mi rybę którą przed chwilą zdjął z haczyka. Zaczęłam ją powoli jeść.
- Teraz pewnie nie chciałabyś tam wrócić - ciągnął dalej. - Nie powiem im, że tu byłaś. Teraz jesteś dzika i masz swój tu swój dom.
Zawsze lubiłam tego staruszka i mu ufałam, nie miał po co mówić, że mnie widział. Ma racje teraz jestem dzikim, a nie domowym kotem.
Starzec dał mi jeszcze parę niewielkich ryb i poopowiadał co się działo w domu mojego dawnego właściciela odkąd mnie wyrzucił.
<Leo dokończysz?>
- Poczekaj tu chwilkę, a ja zaraz przyniosę coś do jedzenia - oznajmił i nim zdążyłam powiedzieć, że sama sobie coś upoluję kocur zniknął mi z oczu. Przypatrywałam się chwile jak w woda płynie swoim nurtem, aż zjawił się Leonidas z dorodnym bażantem w pysku. Na sam widok ptaka zaczęłam się oblizywać. Od kilku dni jadłam wyłącznie gryzonie. We dwoje szybko zjedliśmy bażanta, zostały z niego same pióra i kości.
Słońce już zaszło po jedzeniu byłam zmęczona i nie miałam najmniejszej ochoty wracać na polane, Leo zresztą też. Stwierdziłam,że najbezpieczniej będzie wdrapać się na drzewo i tam zasnąć. Wleciałam na jeden z pobliskich dębów i położyłam się na gałęzi. Po chwili dołączył do mnie Leo. Jemu trochę to zajęło, bo musiał się wspinać.
Noc minęła spokojnie. Obudziłam się wcześnie rano i zeszłam z drzewa. Mój towarzysz jeszcze smacznie spał. Poranna rosa zwilżyła moje łapy. Napiłam się trochę wody z rzeki i rozejrzałam w koło. Za dnia to miejsce było jeszcze piękniejsze niż wczoraj.
Nagle w niewielkiej odległości od miejsca w którym stała z za krzaków wyszedł starszy człowiek niosący wędkę i wiadro.Usiadł na sporym kamieniu z zaczął łowić. Ciekawość pchała mnie coraz bliżej rybaka. Przypatrzyłam mu się uważniej. To jeden ze służących z mojego dawnego pana. Pomagał w domu kupca. W pewnej chwili przyszedł mi do głowy szalony pomysł. Zastanawiałam się czy mnie jeszcze pamięta. Podeszłam do niego bliżej. Staruszek uśmiechnął się i wyciągnął rękę aby mnie pogłaskać. Cofnęłam się nie spokojnie.
- Och Biała już mnie nie pamiętasz, co? - powiedział wyciągając z wody nie dużą rybkę. - Nawet nie wiesz jak córki kupca po tobie rozpaczały, ojciec musiał im kupić nowego kota.
Mężczyzna rzucił mi rybę którą przed chwilą zdjął z haczyka. Zaczęłam ją powoli jeść.
- Teraz pewnie nie chciałabyś tam wrócić - ciągnął dalej. - Nie powiem im, że tu byłaś. Teraz jesteś dzika i masz swój tu swój dom.
Zawsze lubiłam tego staruszka i mu ufałam, nie miał po co mówić, że mnie widział. Ma racje teraz jestem dzikim, a nie domowym kotem.
Starzec dał mi jeszcze parę niewielkich ryb i poopowiadał co się działo w domu mojego dawnego właściciela odkąd mnie wyrzucił.
<Leo dokończysz?>
Od Leo C.D. opowiadania White
- No oczywiście! - powiedziałem z entuzjazmem. - Moja pani zajmowała się hodowlą kotów rasowych. Mieszkałem w dworze razem z wieloma krewnymi. Długo nie zwracałem na to uwagi, ale moja ciocia co wieczór wymykała się z domu. Pewnego dnia zobaczyłem burego kocura na płocie. Taki mieszaniec na naszym terenie, pomyślałem. Wyszedłem z domu by go przegonić, ale zamiast niego zobaczyłem wilka! O maści kota! Chciałem uciekać, ale to "coś" powiedziało, że ma na imię Milo i pochodzi z Bractwa Srebrnych Szponów i, że jest uczniem jakiejś rysicy Kelly, przyjaciółki cioci i, że mam magiczne moce. Magiczne moce? Pytam. Takie coś nie istnieje... Ona mnie przekonała, że tak i ciocia wybrała mnie na członka Kociej Dumy. Kot, żbik zaprowadził mnie do Meli i Mirou. Zostałem członkiem stada.
- A co z panią? - zapytała zatroskanie White.
- Pewnie nawet nie rozpaczała, tyle ma ragdolli.
Doszliśmy nad staw. Namówiłem kotkę do przeskakiwania z kamienia na kamień, dla zabawy. Potem jakoś wyciągnąłem małża z wody. Zademonstrowałem kotce kolejną sztuczkę. Zmieniłem małża w rybkę. Biała już miała ją zjeść, ale ostrzegłem.
- Czy tak, czy siak to małż, a tego nie da się zmienić.
Potem zabrałem ją do ostatniego punktu naszej wycieczki. Pod Drzewo Zakochanych. Przedstawiłem jej magię i niezwykłość tego drzewa.
- To już wiem gdzie zapraszać kocury na randki - zachichotała White Star.
- A masz kogoś konkretnego na oku? - zapytałem.
- Jeszcze... Nie... - powiedziała naciąganym tonem. - Bright mnie chyba nie lubi, a Natael... zachowuje się jak kociak.
- Brig jest zawsze taki naburmuszony, a to że Nataela rozpiera energia nie znaczy, ze zachowuje się jak kociak. Ale nie martw się. Z pewnością dołączy jeszcze wiele kocurów.
- Na razie jest nas sześcioro... - podliczyła Biała.
- Siedmioro - skorygowałem. - Jest jeszcze Shadel, ale gdzieś się szwenda.
Spojrzałem przez liście na niebo. Zbliżał się wieczór, a ja chciałem jeszcze jej pokazać rzekę. Szybko ją tam zaprowadziłem.
Mimo, ze słońce jeszcze nie zaszło księżyc już widniał na niebie. Ostatnie promienie słońca odbijały się w pędzącym nurcie rzeki. Co jakiś czas z wody wyskakiwała mała rybka.
<White Star?>
- A co z panią? - zapytała zatroskanie White.
- Pewnie nawet nie rozpaczała, tyle ma ragdolli.
Doszliśmy nad staw. Namówiłem kotkę do przeskakiwania z kamienia na kamień, dla zabawy. Potem jakoś wyciągnąłem małża z wody. Zademonstrowałem kotce kolejną sztuczkę. Zmieniłem małża w rybkę. Biała już miała ją zjeść, ale ostrzegłem.
- Czy tak, czy siak to małż, a tego nie da się zmienić.
Potem zabrałem ją do ostatniego punktu naszej wycieczki. Pod Drzewo Zakochanych. Przedstawiłem jej magię i niezwykłość tego drzewa.
- To już wiem gdzie zapraszać kocury na randki - zachichotała White Star.
- A masz kogoś konkretnego na oku? - zapytałem.
- Jeszcze... Nie... - powiedziała naciąganym tonem. - Bright mnie chyba nie lubi, a Natael... zachowuje się jak kociak.
- Brig jest zawsze taki naburmuszony, a to że Nataela rozpiera energia nie znaczy, ze zachowuje się jak kociak. Ale nie martw się. Z pewnością dołączy jeszcze wiele kocurów.
- Na razie jest nas sześcioro... - podliczyła Biała.
- Siedmioro - skorygowałem. - Jest jeszcze Shadel, ale gdzieś się szwenda.
Spojrzałem przez liście na niebo. Zbliżał się wieczór, a ja chciałem jeszcze jej pokazać rzekę. Szybko ją tam zaprowadziłem.
Mimo, ze słońce jeszcze nie zaszło księżyc już widniał na niebie. Ostatnie promienie słońca odbijały się w pędzącym nurcie rzeki. Co jakiś czas z wody wyskakiwała mała rybka.
<White Star?>
Praca konkursowa
Ten blog istnieje ledwie kilka dni, a konkurs trwa jeszcze krócej, a już pierwsza i jaka ładna praca! Znana na howrse jako tofeliko, u nas jako White Star wykonała zabójczo piękny herb! No tylko się kłaniać!
Od Bright'a
Pewnego wieczoru leżałem i spoglądałem na zachodzące słońce. Odchodziło powoli. Od tyłu usłyszałem szelest. Odwróciłem się nerwowo. Serce biło mi odrobinę szybciej, jakby urok prysł! Wyszła Mela:
- Nie przestraszyłam cię?
Odetchnąłem z ulgą.
- Nie, nie...
- Strasznie się ostatnio denerwujesz... spodziewałeś się kogoś innego?
- No... możliwe.., ale sorry to nie twoja sprawa.
- Nie no jasne. Przecież ci nic nie każe. A jak leci? - szybko zmieniła temat.
- Powoli... - odparłem.
Stała zmieszana. Słońce nie sprawiało mi przy niej żadnej przyjemności.
- Mogę się dosiąść? - zapytała.
- No... - szepnąłem - ale bilet poproszę - uśmiechnąłem się.
Usiadła.
- Co ty w tym widzisz nadzwyczajnego? - popatrzyła na mnie.
- Och... no widzę tam chwile i czas... i moją miłość...
- Masz kogoś?! - zdziwiona uniosła się.
- Nie... moją pasję czyli zachód słońca... głuptasie. A może spotkamy się o północy podziwiać pełnię księżyca? Ale od razu mówię to nie randka... - dopowiedziałem.
< Mela? Dokończysz? >
- Nie przestraszyłam cię?
Odetchnąłem z ulgą.
- Nie, nie...
- Strasznie się ostatnio denerwujesz... spodziewałeś się kogoś innego?
- No... możliwe.., ale sorry to nie twoja sprawa.
- Nie no jasne. Przecież ci nic nie każe. A jak leci? - szybko zmieniła temat.
- Powoli... - odparłem.
Stała zmieszana. Słońce nie sprawiało mi przy niej żadnej przyjemności.
- Mogę się dosiąść? - zapytała.
- No... - szepnąłem - ale bilet poproszę - uśmiechnąłem się.
Usiadła.
- Co ty w tym widzisz nadzwyczajnego? - popatrzyła na mnie.
- Och... no widzę tam chwile i czas... i moją miłość...
- Masz kogoś?! - zdziwiona uniosła się.
- Nie... moją pasję czyli zachód słońca... głuptasie. A może spotkamy się o północy podziwiać pełnię księżyca? Ale od razu mówię to nie randka... - dopowiedziałem.
< Mela? Dokończysz? >
Od White C.D. opowiadania Leo
Z całej tej trójki Leo spodobał mi się najbardziej. Bright raczej mnie
nie polubił, Nat zachowywał się trochę jak mały kociak był przejęty
wszystkim co się działo, natomiast Leo zachowywał się normalnie, był
miły i przyjacielski i do tego zabójczo przystojny.
- Co tai rasowy kocur jak ty robi w dziczy? Nie powinieneś opływać w luksusy w domu jakiegoś bogatego człowieka? - zapytałam - Wyrzucili cię czy sam uciekłeś?
- Odpowiem ci ale najpierw ty powiedz dlaczego nie mieszkasz z jakimiś bogatymi ludźmi? - odparł
- Ej! Ja się pierwsza zapytałam - uśmiechnęłam się i zaczęliśmy się przekomarzać o to kto pierwszy opowie swoją historie. W końcu ustąpiłam.
- No dobrze powiem pierwsza - westchnęłam - Urodziłam się w domu pewnego bogatego kupca. Miałam być pupilem jego dwóch córek. Miałam tam raj. Dostawałam najlepsze mięsa, byłam czesana i pielęgnowana, a dziewczynki nie szczędziły mi pieszczot. Któregoś dnia zaczęłam bawić się z nimi w berka. Dziewczynki wbiegły do kuchni, a ja za nimi. Wskoczyłam na szafki. Nie uważałam i zbiłam prawie całą zastawę z najdroższej chińskiej porcelany. Ponad to wylałam zupę na kucharkę, co gorsza ta zupa miał być dla jakiegoś bardzo ważnego gościa. Oberwało mi się nieźle. Mój właściciel mimo protestów i płaczu swoich córek wyrzucił mnie na ulice. Błąkałam się tam jakiś czas,aż natchnęłam się na hycli ledwo im uciekłam. Po tej przygodzie stwierdziłam, że nie ma dla mnie miejsca w mieście. Błąkałam się po tej puszczy jakiś czas, aż w końcu trafiłam na was.
- No dobrze teraz moja kolej - uśmiechnął - Ze mną było tak...
- Już jesteśmy! - wykrzyknął Nat.
Weszliśmy na nie wielką polane gdzie stały dwie kotki. Jedna czarna z niewielkimi rudymi plamkami, a druga szaro-bura z jasno rudym pyszczkiem. Leo przedstawił mnie i powiedział co i jak. Kotki naradzały się chwilę szeptem. Potem poprosiły, żebym do nich podeszła. Siadłam przed nimi.
- Droga White Star witamy cię w naszym stadzie!!! - powiedziała czarna, zapewne Melanie.
- Mamy nadzieje, że ci się tu spodoba - dodała Mirousse. Zakończyło się powitanie, potem alfy poprosiły, aby Leo oprowadził mnie po terenach stada.
Wyszliśmy z polany.
- To opowiesz mi w końcu jak to z tobą było? - zapytałam nagle.
<Leo?>
- Co tai rasowy kocur jak ty robi w dziczy? Nie powinieneś opływać w luksusy w domu jakiegoś bogatego człowieka? - zapytałam - Wyrzucili cię czy sam uciekłeś?
- Odpowiem ci ale najpierw ty powiedz dlaczego nie mieszkasz z jakimiś bogatymi ludźmi? - odparł
- Ej! Ja się pierwsza zapytałam - uśmiechnęłam się i zaczęliśmy się przekomarzać o to kto pierwszy opowie swoją historie. W końcu ustąpiłam.
- No dobrze powiem pierwsza - westchnęłam - Urodziłam się w domu pewnego bogatego kupca. Miałam być pupilem jego dwóch córek. Miałam tam raj. Dostawałam najlepsze mięsa, byłam czesana i pielęgnowana, a dziewczynki nie szczędziły mi pieszczot. Któregoś dnia zaczęłam bawić się z nimi w berka. Dziewczynki wbiegły do kuchni, a ja za nimi. Wskoczyłam na szafki. Nie uważałam i zbiłam prawie całą zastawę z najdroższej chińskiej porcelany. Ponad to wylałam zupę na kucharkę, co gorsza ta zupa miał być dla jakiegoś bardzo ważnego gościa. Oberwało mi się nieźle. Mój właściciel mimo protestów i płaczu swoich córek wyrzucił mnie na ulice. Błąkałam się tam jakiś czas,aż natchnęłam się na hycli ledwo im uciekłam. Po tej przygodzie stwierdziłam, że nie ma dla mnie miejsca w mieście. Błąkałam się po tej puszczy jakiś czas, aż w końcu trafiłam na was.
- No dobrze teraz moja kolej - uśmiechnął - Ze mną było tak...
- Już jesteśmy! - wykrzyknął Nat.
Weszliśmy na nie wielką polane gdzie stały dwie kotki. Jedna czarna z niewielkimi rudymi plamkami, a druga szaro-bura z jasno rudym pyszczkiem. Leo przedstawił mnie i powiedział co i jak. Kotki naradzały się chwilę szeptem. Potem poprosiły, żebym do nich podeszła. Siadłam przed nimi.
- Droga White Star witamy cię w naszym stadzie!!! - powiedziała czarna, zapewne Melanie.
- Mamy nadzieje, że ci się tu spodoba - dodała Mirousse. Zakończyło się powitanie, potem alfy poprosiły, aby Leo oprowadził mnie po terenach stada.
Wyszliśmy z polany.
- To opowiesz mi w końcu jak to z tobą było? - zapytałam nagle.
<Leo?>
wtorek, 12 sierpnia 2014
Od Leo C.D. opowiadania White
- Kociej Dumy? - zapytała wyraźnie zaciekawiona kotka. - Co to jest?
- Stado kotów - odpowiedział jej Bright takim tonem jakby to było oczywiste. - A ty właśnie spacerujesz po jego terenach.
- Przepraszam, jeśli chcecie mogę opuścić tereny waszego stada...
- Nie naszego! - powiedział nagle Natael. - To stado Mirou i Meli!
- Tak Nat - potwierdziłem jego słowa. - ale nie powinniśmy przeganiać tak uroczej damy...
- Według mnie to powinna sobie pójść! - prychnął Bright.
- Brig... - powiedziałem zatroskanym tonem. - Ja proponuję zaprowadzić ją do dziewcząt, a one zdecydują co zrobić z White...
- Tak, tak! - rzekł Nartael. - Tak zróbmy, zróbmy!
Spojrzałem na kotkę. Sprawiała wrażenie zdziwionej tym co się właśnie stało. Mimo to opamiętała się i skinęła na mnie głową.
Natael biegł z przodu, za nim spokojnie szedł Bright. Ja kroczyłem dumnie u boku "Białej Damy", której wdzięk i szlachetne ruchy dorównywały moim. Od razu widać, że jest rasowa jak ja. Piękna, zwinna... Chciałem do niej zagadać, ale jakoś nie miałem odwagi...
- Leo, tak? - odezwała się nagle. - Kim są Mirou i Meli?
- Mirousse i Melanie, nasze alphy. - odpowiedziałem. - Nie znam ich za dobrze. Mirou jest rasowa i magiczna, a Mela to nie-magiczny mieszaniec.
- A ty jesteś magiczny?
- Ja? Tak... - odpowiedziałem jej zmieniając kolor sierści na rudy, potem piaskowy i wracając do pierwotnego koloru. White zachichotała.
- Ja też jestem magiczna. - rzekła i odbiła się od ziemi lecąc w powietrzu.
<White Star?>
- Stado kotów - odpowiedział jej Bright takim tonem jakby to było oczywiste. - A ty właśnie spacerujesz po jego terenach.
- Przepraszam, jeśli chcecie mogę opuścić tereny waszego stada...
- Nie naszego! - powiedział nagle Natael. - To stado Mirou i Meli!
- Tak Nat - potwierdziłem jego słowa. - ale nie powinniśmy przeganiać tak uroczej damy...
- Według mnie to powinna sobie pójść! - prychnął Bright.
- Brig... - powiedziałem zatroskanym tonem. - Ja proponuję zaprowadzić ją do dziewcząt, a one zdecydują co zrobić z White...
- Tak, tak! - rzekł Nartael. - Tak zróbmy, zróbmy!
Spojrzałem na kotkę. Sprawiała wrażenie zdziwionej tym co się właśnie stało. Mimo to opamiętała się i skinęła na mnie głową.
Natael biegł z przodu, za nim spokojnie szedł Bright. Ja kroczyłem dumnie u boku "Białej Damy", której wdzięk i szlachetne ruchy dorównywały moim. Od razu widać, że jest rasowa jak ja. Piękna, zwinna... Chciałem do niej zagadać, ale jakoś nie miałem odwagi...
- Leo, tak? - odezwała się nagle. - Kim są Mirou i Meli?
- Mirousse i Melanie, nasze alphy. - odpowiedziałem. - Nie znam ich za dobrze. Mirou jest rasowa i magiczna, a Mela to nie-magiczny mieszaniec.
- A ty jesteś magiczny?
- Ja? Tak... - odpowiedziałem jej zmieniając kolor sierści na rudy, potem piaskowy i wracając do pierwotnego koloru. White zachichotała.
- Ja też jestem magiczna. - rzekła i odbiła się od ziemi lecąc w powietrzu.
<White Star?>
Od White Star
Błąkałam się po ogromnej puszczy. Byłam zmęczona i głodna, jeden szczur
to nie wiele jak na cały dzień. Szukałam jakiejś bezpiecznej kryjówki,
żeby odpocząć i trochę się przespać. Bolało mnie wszystko.
- I pomyśleć, że jeszcze pół roku temu dostawałam najlepsze mięso jakie było można kupić. Miałam codzienne czesanie i pieszczoty. Mogłam spać do południa i wylegiwać się na kanapie. I straciłam to wszystko przez jeden głupi wybryk. Może gdybym nie pobiła tej zastawy skończyło by się tylko na laniu - rozważałam na głos. Rozejrzałam się w koło. Wszędzie tylko drzewa i kilka krzaków.
Nagle usłyszałam, że ktoś się zbliża. Z za krzaków dobiegały odgłosy rozmowy trzech osób. Delikatnie rozchyliłam gałęzie i zobaczyłam trzy kocury. Pierwszy miał krótką sierść i był biały z brązowym ogonem i pyskiem w tym samym kolorze. Drugi miał długą sierść i był cały rudy. Trzeci natomiast też miał długą sierść, na której dominowała barwa rudo-brązowa, kocur miał swego rodzaju szal z białej sierści w okół szyi i ciemne uszy. Nieznajomi głośno o czymś rozmawiali, ale nie przysłuchiwałam się tej rozmowie. Zastanawiałam się kim oni są i co robią w w tej głuszy.
- ,,Pewnie uciekli tak jak ja'' - pomyślałam i cofnęłam się, żeby mnie nie zauważyli. Niestety przypadkiem nastąpiłam na suchą gałązkę która pękła z trzaskiem pod naporem moje łapy. Kocury odwróciły się w moją stronę.
- Wyłaź stamtąd kimkolwiek jesteś! - rozkazał jeden. Nie mając wyboru powoli wyszłam z za krzaków. Poleciała bym, ale nie miałam siły i ochoty na ucieczkę. Nieznajomi lekko zdziwili się na mój widok, w końcu co taka kotka jak ja robi w lesie.
- Kim jesteś i co tu robisz?! - zapytał ,,Rudzielec"
- Nazywam się White Star, ale większość mówi mi White albo Biała. - odparłam - A co tu robię, tego sama do końca nie wiem po prostu idę gdzie łapy poniosą szukając swojego miejsca. A co wy tu robicie, myślałam, że puszcza nie jest zamieszkała przez koty domowe?
- Nazywam się Leo, a to moi koledzy Bright i Natael - powiedział trzy kolorowy kocur wskazując kolejno najpierw na tego biało-brązowego a potem na tego rudego. - Wszyscy trzej należymy do stada Kociej Dumy które zamieszkuje tą puszczę.
<Leonidas? Bright? Natael? Dokończy któryś?>
- I pomyśleć, że jeszcze pół roku temu dostawałam najlepsze mięso jakie było można kupić. Miałam codzienne czesanie i pieszczoty. Mogłam spać do południa i wylegiwać się na kanapie. I straciłam to wszystko przez jeden głupi wybryk. Może gdybym nie pobiła tej zastawy skończyło by się tylko na laniu - rozważałam na głos. Rozejrzałam się w koło. Wszędzie tylko drzewa i kilka krzaków.
Nagle usłyszałam, że ktoś się zbliża. Z za krzaków dobiegały odgłosy rozmowy trzech osób. Delikatnie rozchyliłam gałęzie i zobaczyłam trzy kocury. Pierwszy miał krótką sierść i był biały z brązowym ogonem i pyskiem w tym samym kolorze. Drugi miał długą sierść i był cały rudy. Trzeci natomiast też miał długą sierść, na której dominowała barwa rudo-brązowa, kocur miał swego rodzaju szal z białej sierści w okół szyi i ciemne uszy. Nieznajomi głośno o czymś rozmawiali, ale nie przysłuchiwałam się tej rozmowie. Zastanawiałam się kim oni są i co robią w w tej głuszy.
- ,,Pewnie uciekli tak jak ja'' - pomyślałam i cofnęłam się, żeby mnie nie zauważyli. Niestety przypadkiem nastąpiłam na suchą gałązkę która pękła z trzaskiem pod naporem moje łapy. Kocury odwróciły się w moją stronę.
- Wyłaź stamtąd kimkolwiek jesteś! - rozkazał jeden. Nie mając wyboru powoli wyszłam z za krzaków. Poleciała bym, ale nie miałam siły i ochoty na ucieczkę. Nieznajomi lekko zdziwili się na mój widok, w końcu co taka kotka jak ja robi w lesie.
- Kim jesteś i co tu robisz?! - zapytał ,,Rudzielec"
- Nazywam się White Star, ale większość mówi mi White albo Biała. - odparłam - A co tu robię, tego sama do końca nie wiem po prostu idę gdzie łapy poniosą szukając swojego miejsca. A co wy tu robicie, myślałam, że puszcza nie jest zamieszkała przez koty domowe?
- Nazywam się Leo, a to moi koledzy Bright i Natael - powiedział trzy kolorowy kocur wskazując kolejno najpierw na tego biało-brązowego a potem na tego rudego. - Wszyscy trzej należymy do stada Kociej Dumy które zamieszkuje tą puszczę.
<Leonidas? Bright? Natael? Dokończy któryś?>
White
Imię: White Star
[White, Biała, Gwiazdka]
Wiek: 5 lat
Płeć: Kotka
Rasa: Długowłosa
Stanowisko: Tropiciel
Charakter: White to bardzo uparta i odważna kotka. Zazwyczaj trzyma się na uboczu, ale potrafi zawierać przyjaźnie i nowe znajomości. Stara się postępować rozważnie, lecz bardzo często jest porywa i nie myśli do końca co robi. Jest dość silna i nieugięta w dażeniu do celu.
~*~
Chłopak: Leonidas
Rodzina:
Matka - Aivon (długowłosa)
Ojciec - Black (długowłosa)
Potomstwo: Brak
~*~
Żywioł: Powietrze
Moce: Mowa wiatru, Latanie bez skrzydeł, Siedzenie na chmurach, Łagodzenie tornad, Nadprędkość
~*~
Historia: White Star urodziła się w domu bogatego kupca. Przez pewien czas wiodła sielankowe życie. Niestety któregoś dnia podczas zabawy z dziećmi pana wpadła do kuchni, zrobiła zamieszanie, a gdy skakała po szafkach i blatach pobiła porcelanową zastawę. Miarka się przebrała! White trafiła na ulicę. Świetnie tam sobie radziła. Gdy raz została złapana przez hycli i ledwo im uciekła postanowiła odejść z miasta i tak trafiła do tego stada.
Właściciel: tofeliko (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 15; PRĘDKOŚĆ - 30; SIŁA - 15; ZWINNOŚĆ - 20; ŁOWIECTWO - 20
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Bright
Imię: Bright
[Big, Brig, Brit]
Wiek: 6,5 roku
Płeć: Kocur
Rasa: Krótkowłosy
Stanowisko: Wojownik
Charakter: Jest mało żywiołowy. Najchętniej leżał by i spał. Nie lubi ryzyka i szczególnie gdy ktoś do niego zwraca się bez szacunku wtedy ma do niego uraz do końca życia. Jest bardzo czuły i przyjemny.
~*~
Zauroczenie: Zależy...
Rodzina:
Matka - Bila (krótkowłosa)
Ojciec - Cebyl (krótkowłosy)
Rodzeństwo - Puszek i Okryszek
Potomstwo: Nie ma, ale go pragnie...
~*~
Żywioł: Powietrza
Moce: Mowa wiatru, Łagodzenie tornad, Ochładzanie ciała
~*~
Historia: Nie podobało mu się życie w samotności. Błąkał się nie wiedział gdzie iść i które stado wybrać. Jednak zaprzyjaźniając się z Mimi i Melką dokładnie wiedział, ze tu jego miejsce.
Właściciel: juka6626 (doggi) / zjawa34 (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 20; PRĘDKOŚĆ - 35; SIŁA - 15; ZWINNOŚĆ - 10; ŁOWIECTWO - 20
Natael

Imię: Natael
[Nat, Nad,Tael itp.]
Wiek: 7 lat
Płeć: Kocur
Rasa: Długowłosy
Stanowisko: Wojownik
Charakter: Żywiołowy i niecierpliwy, nigdy nie odkłada niczego na ,,kiedyś''. Jest bardzo ambitny, ma zawsze szlachetne cele. Jest towarzyski i szanuje inne koty. Nie wtrąca się niepotrzebnie w sprawy innych.
~*~
Zauroczenie: Może kiedyś
Rodzina:
Matka - Nela (długowłosa)
Ojciec - Mirro (długowłosy)
Rodzeństwo - Ma, ale nie zna
Potomstwo: Może. Nie planuje
~*~
Żywioł: Ognia
Moce: Smoczy oddech, Przekierowanie błyskawicy, Płomień w oku
~*~
Historia: Był kiedyś kotem domowym, ale ciekawość ciągnęła go za dom. Zgubił się. Ni umiał określić gdzie mieszkał. Został bezdomny. Z tego powodu tu dołączył.
Właściciel: juka6626 (doggi) / zjawa34 (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 40; PRĘDKOŚĆ - 20; SIŁA - 30; ZWINNOŚĆ - 10; ŁOWIECTWO - 10
Shadel
Imię: Shadel (czyt.: Szadel)
[Shad, Del, Disza]
Wiek: 4,5 roku
Płeć: Kotka
Rasa: Mieszaniec - Krótkowłosa/Długowłosa
Stanowisko: Asystentka
Charakter: Jest opanowana i spokojna. nie często się gdzieś spieszy woli na spokojnie obmyślać wszystkie swoje plany. Z szacunkiem odnosi się do wszystkich. Ma jednak czasem swoje humorki. Bardzo przejmuje się czyjąś krzywdą.
~*~
Zauroczenie: Miłość sama ją znajdzie.
Rodzina:
Matka - Szina (długowłosa)
Ojciec - Delord (krótkowłosy)
Potomstwo: Może kiedyś...
~*~
Żywioł: Woda
Moce: Uzdrawianie, Fale, Oddychanie pod wodą
Historia: Od zawsze była bezdomna. Przyzwyczaiła się do tego. Pragnie jednak mieć czułą rodzinę. W tym stadzie czuje się bezpiecznie i ma tu szansę na leprze życie.
Właściciel: juka6626 (doggi) / zjawa34 (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 15; PRĘDKOŚĆ - 15; SIŁA - 5; ZWINNOŚĆ - 45; ŁOWIECTWO - 20
Leo
Imię: Leonidas
[Leo, Lew, Rasowiec (obraźliwie)]
Wiek: 9 lat
Płeć: Kocur
Rasa: Długowłosa
Stanowisko: Wojownik
Charakter: Jest to mądry i poważny kocur lubiący ciszę i spokój. Jako kot czystej krwi uważa siebie za ideał godzien naśladowania. Lubi się przechwalać, zwłaszcza przed kotkami. Gdy się w jakiejś zakocha sam tego nie wie. Nigdy nie poznał rzeczy takich jak głód i brak dachu nad głową. Mu si się jeszcze sporo nauczyć, jeśli chce przetrwać w dziczy.
~*~
Dziewczyna: White Star
Rodzina:
Matka - Nora (długowłosa)
Ojciec - Klif (długowłosy)
Rodzeństwo - Maja (siostra)
Potomstwo: Brak
~*~
Żywioł: Przemiana
Moce: Zmiana koloru sierści, Zmienianie innych, Zmiana kształtu (człowiek), Zmiana kształtu (duży kot), Różne języki
~*~
Historia: Leo był wychowywany przez bogatą ludzką kobietę, która hodowała długowłose koty. Mieszkał w bogatej dzielnicy, żyło mu się dobrze. Pewnego dnia zobaczył przez okno żbika siedzącego na płocie. Wyszedł na dwór by go przegonić, ale kot nagle zniknął. Zamiast niego stał wilk, o tej samej burej maści. Przerażony Leonidas chciał uciekać, ale wilk przedstawił się jako Milo, kocur z Bractwa Srebrnych Szponów, uczeń rysicy Kelly. Zaprowadziła go na tereny CP i oddała jego alfom jako członka stada. Leo oglądając po drodze piękno natury zgodził się zostać dzikim kotem.
Właściciel: julka9000 (doggi) / Derahni (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 10; PRĘDKOŚĆ - 15; SIŁA - 30; ZWINNOŚĆ - 35; ŁOWIECTWO - 10
[Leo, Lew, Rasowiec (obraźliwie)]
Wiek: 9 lat
Płeć: Kocur
Rasa: Długowłosa
Stanowisko: Wojownik
Charakter: Jest to mądry i poważny kocur lubiący ciszę i spokój. Jako kot czystej krwi uważa siebie za ideał godzien naśladowania. Lubi się przechwalać, zwłaszcza przed kotkami. Gdy się w jakiejś zakocha sam tego nie wie. Nigdy nie poznał rzeczy takich jak głód i brak dachu nad głową. Mu si się jeszcze sporo nauczyć, jeśli chce przetrwać w dziczy.
~*~
Dziewczyna: White Star
Rodzina:
Matka - Nora (długowłosa)
Ojciec - Klif (długowłosy)
Rodzeństwo - Maja (siostra)
Potomstwo: Brak
~*~
Żywioł: Przemiana
Moce: Zmiana koloru sierści, Zmienianie innych, Zmiana kształtu (człowiek), Zmiana kształtu (duży kot), Różne języki
~*~
Historia: Leo był wychowywany przez bogatą ludzką kobietę, która hodowała długowłose koty. Mieszkał w bogatej dzielnicy, żyło mu się dobrze. Pewnego dnia zobaczył przez okno żbika siedzącego na płocie. Wyszedł na dwór by go przegonić, ale kot nagle zniknął. Zamiast niego stał wilk, o tej samej burej maści. Przerażony Leonidas chciał uciekać, ale wilk przedstawił się jako Milo, kocur z Bractwa Srebrnych Szponów, uczeń rysicy Kelly. Zaprowadziła go na tereny CP i oddała jego alfom jako członka stada. Leo oglądając po drodze piękno natury zgodził się zostać dzikim kotem.
Właściciel: julka9000 (doggi) / Derahni (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 10; PRĘDKOŚĆ - 15; SIŁA - 30; ZWINNOŚĆ - 35; ŁOWIECTWO - 10
czwartek, 7 sierpnia 2014
Mirousse
Imię: Mirousse
[Mimi, Mirou]
Wiek: 7 lat
Płeć: Kotka
Rasa: Długowłosy
Stanowisko: Alpha
Charakter: Zawsze szuka dobrego rozwiązania. Jest zaradna i pewna siebie. Zwykle wpada na dobre pomysły. Jako alpha jest wyrozumiałą i sprawiedliwa zawsze szuka dobrego rozwiązania. Kiedy ma jakiś kłopot zdradza go tylko Melanie. Jest przyjacielska i próbuje na każdego patrzeć z tej dobrej strony.
~*~
Zauroczenie: Jeśli to będzie ten jedyny.
Rodzina: .
Matka - Medie (Długowłosa)
Ojciec - Tidy (Długowłosa)
Rodzeństwo - Mexi i Taino
Potomstwo: Na razie musi znaleźć partnera.
~*~
Żywioł: Powietrze, Ogień, Przemiana.
Moce: Czyta w myślach. Może sprawić by inni byli niewidzialni na około 30 minut.
~*~
Historia: Urodziła się w profesjonalnej hodowli kotów Norweskich leśnych. Z czasem jej właściciele znaleźli kupca. Byli to rodzice 7 letniej dziewczynki Emmy. Była ona dla niej uciążliwa, kotki nikt nie chciał. Chwalili się do o koła, że mają takiego kota. Ona była tam samotna i nieszczęśliwa. Przy pierwszej okazji uciekła. Dorastała na ulicy. kiedy miała 2 lata napotkała Melanie. Zostały przyjaciółkami. Kiedy podrosły założyły to stado by żaden kot nie był już samotny!
Właściciel: juka6626 (doggi) / zjawa34 (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 15 ; PRĘDKOŚĆ - 20 ; SIŁA - 10 ; ZWINNOŚĆ 45 ; ŁOWIECTWO - 10
[Mimi, Mirou]
Wiek: 7 lat
Płeć: Kotka
Rasa: Długowłosy
Stanowisko: Alpha
Charakter: Zawsze szuka dobrego rozwiązania. Jest zaradna i pewna siebie. Zwykle wpada na dobre pomysły. Jako alpha jest wyrozumiałą i sprawiedliwa zawsze szuka dobrego rozwiązania. Kiedy ma jakiś kłopot zdradza go tylko Melanie. Jest przyjacielska i próbuje na każdego patrzeć z tej dobrej strony.
~*~
Zauroczenie: Jeśli to będzie ten jedyny.
Rodzina: .
Matka - Medie (Długowłosa)
Ojciec - Tidy (Długowłosa)
Rodzeństwo - Mexi i Taino
Potomstwo: Na razie musi znaleźć partnera.
~*~
Żywioł: Powietrze, Ogień, Przemiana.
Moce: Czyta w myślach. Może sprawić by inni byli niewidzialni na około 30 minut.
~*~
Historia: Urodziła się w profesjonalnej hodowli kotów Norweskich leśnych. Z czasem jej właściciele znaleźli kupca. Byli to rodzice 7 letniej dziewczynki Emmy. Była ona dla niej uciążliwa, kotki nikt nie chciał. Chwalili się do o koła, że mają takiego kota. Ona była tam samotna i nieszczęśliwa. Przy pierwszej okazji uciekła. Dorastała na ulicy. kiedy miała 2 lata napotkała Melanie. Zostały przyjaciółkami. Kiedy podrosły założyły to stado by żaden kot nie był już samotny!
Właściciel: juka6626 (doggi) / zjawa34 (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 15 ; PRĘDKOŚĆ - 20 ; SIŁA - 10 ; ZWINNOŚĆ 45 ; ŁOWIECTWO - 10
Mela
Imię: Melanie
[Mela, Melka, Melania, Melisza itp.]
Wiek: 6,5 roku
Płeć: Kotka
Rasa: Mieszaniec - Długowłosa/Krótkowłosa
Stanowisko: Alpha
Charakter: Życie kształtowało ją niczym plastelinę. Jej opiekunka nauczyła ją, ze wszystko co złe to Bractwo Srebrnych Szponów. Nienawiść do tego stowarzyszenia rosła w niej, aż niedawno razu ustała. Wie czym jest głód i okazuje współczucie wielu osobom, ale bardzo się ogranicza z pomocą. Kocha zabawy i towarzystwo przyjaciół, a przez miłość do otoczenia ma ich wielu. Jej ulubiony kolor to różowy i bardzo ją uszczęśliwia. Nie cierpi gdy wytyka się jej nie-magiczność.
~*~
Zauroczenie: Nie szuka jeszcze miłości.
Rodzina:
Matka - Rudzia (długowłosa)
Ojciec - Czarek (krótkowłosy)
Rodzeństwo - Pusia-Okrusia; Przylepa; Niedoamka (siostry)
Potomstwo: Nie ma, ale go pragnie...
~*~
Żywioł: Brak
Moce: Brak
~*~
Historia: Mela razem z trzema siostrami urodziła się z dala od ludzi. Jej babka była główną członkinią Bractwa Srebrnych Szponów, a matka zwyczajną sługą tegoż stowarzyszenia. Tak samo jak matka miał jej ojciec. Poznali się na jednej z misji. Dość szybko się pobrali i mieli cztery śliczne córki. Trzy rude jak matka i jedną szylkretkę (po babci). Rodzice nie skończyli z pracą dla BSS. Wysyłano ich na kolejne misje, a podczas jednej... zginęli. Dziewczynki trafiły pod opiekę przyjaciółki matki, kotki Audrey. Wychowała je i mówiła same straszne rzeczy o Bractwie wywołując u kotek nienawiść. Mela żyła w przekonaniu, że Bractwo odebrało jej całą rodzinę. Gdy dorosła zaprzyjaźniła się ze Mirousse i zamieszkała w śmietniku rzeźnika, marzeniu głodujących kotów. Pewnego dnia przyszła do nich kotka z Bractwa i przekonała do zostania przywódczynią Kociej Dumy razem z Mirousse.
Właściciel: julka9000 (doggi) / Derahni (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 10; PRĘDKOŚĆ - 45; SIŁA - 5; ZWINNOŚĆ - 10; ŁOWIECTWO - 30
[Mela, Melka, Melania, Melisza itp.]
Wiek: 6,5 roku
Płeć: Kotka
Rasa: Mieszaniec - Długowłosa/Krótkowłosa
Stanowisko: Alpha
Charakter: Życie kształtowało ją niczym plastelinę. Jej opiekunka nauczyła ją, ze wszystko co złe to Bractwo Srebrnych Szponów. Nienawiść do tego stowarzyszenia rosła w niej, aż niedawno razu ustała. Wie czym jest głód i okazuje współczucie wielu osobom, ale bardzo się ogranicza z pomocą. Kocha zabawy i towarzystwo przyjaciół, a przez miłość do otoczenia ma ich wielu. Jej ulubiony kolor to różowy i bardzo ją uszczęśliwia. Nie cierpi gdy wytyka się jej nie-magiczność.
~*~
Zauroczenie: Nie szuka jeszcze miłości.
Rodzina:
Matka - Rudzia (długowłosa)
Ojciec - Czarek (krótkowłosy)
Rodzeństwo - Pusia-Okrusia; Przylepa; Niedoamka (siostry)
Potomstwo: Nie ma, ale go pragnie...
~*~
Żywioł: Brak
Moce: Brak
~*~
Historia: Mela razem z trzema siostrami urodziła się z dala od ludzi. Jej babka była główną członkinią Bractwa Srebrnych Szponów, a matka zwyczajną sługą tegoż stowarzyszenia. Tak samo jak matka miał jej ojciec. Poznali się na jednej z misji. Dość szybko się pobrali i mieli cztery śliczne córki. Trzy rude jak matka i jedną szylkretkę (po babci). Rodzice nie skończyli z pracą dla BSS. Wysyłano ich na kolejne misje, a podczas jednej... zginęli. Dziewczynki trafiły pod opiekę przyjaciółki matki, kotki Audrey. Wychowała je i mówiła same straszne rzeczy o Bractwie wywołując u kotek nienawiść. Mela żyła w przekonaniu, że Bractwo odebrało jej całą rodzinę. Gdy dorosła zaprzyjaźniła się ze Mirousse i zamieszkała w śmietniku rzeźnika, marzeniu głodujących kotów. Pewnego dnia przyszła do nich kotka z Bractwa i przekonała do zostania przywódczynią Kociej Dumy razem z Mirousse.
Właściciel: julka9000 (doggi) / Derahni (howrse)
Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ - 10; PRĘDKOŚĆ - 45; SIŁA - 5; ZWINNOŚĆ - 10; ŁOWIECTWO - 30
środa, 6 sierpnia 2014
Bractwo Srebrnych Szponów - Prolog
W odległym królestwie daleko stąd znajduje się miasto, a w nim różne dziwy. Mieszkają tam ludzie nieświadomi tych cudów. Tuż pod ich nogami toczy się życie, życie stworzeń poruszających się na czterech kończynach. Mają długie wąsy, szpiczaste uszy i puchate ogony. Ich inteligencja dorównuje, albo i przewyższa ludzką.
Koty są naprawdę bardzo mądre. Liczne dachowe mieszańce polują na myszy i szczury w mrocznych zaułkach miasta, inne długowłose rasowe manipulują swoimi ludźmi, a oni wykonują ich każde polecenie. Każdy kot ma w sobie coś, czego nie ma człowiek. Oczywiście koty jak to zwierzęta nie mają dusz, ale mają coś, czego bali się w nich ludzie. Mają magię!
Tysiące lat wcześniej ludzie otaczali je czcią. Widzieli ich talent, mądrość i odwagę. Dali więc kotom moce swoich kapłanów. Kociej królowej podarowali naszyjnik z drogocennych kamieni i metali, a on dał jej nieśmiertelność, a poddani otrzymali liczne magiczne moce. Jednak pewnego dnia Kocia Pani została okradziona przez zazdrosne psy. Odebrały jej naszyjnik, jednak nie dał im mocy. Jego potęga działała jedynie na koty.
Przez cały czas moce szlachetnych potomków lwów traciły swą siłę. Coraz więcej kotów nie posiadało w sobie magii. Ich skarb wędrował z psiego pokolenia na pokolenie. Pewnego razu naszyjnik trafił w ręce ludzi. Mijały lata. Koty słabły. Jednak pewnej nocy...
Cicha zimowa noc nastała w mieście Darle. Śnieg spadał z nieba tworząc na ziemi coraz grubszą siebie warstwę. Oświetloną przez nieliczne latarnie uliczką spacerował łaciaty kocur. Uważnie przyglądał się pobliskim budynkom, tak jakby czegoś szukał. Chwilę później zatrzymał się pod wielkim murem. Naprężył się i wskoczył na niego. Przyglądał się willi uważnie.
Nagle wzdrygnął się słysząc skrzypienie śniegu. Teraz na murku siedział drugi kot. Długowłosa ruda kotka nastroszyła futro i usiadła obok dachowca.
- Kirke... - powiedziała. - Wiesz, że nie powinieneś zbliżać się do tego domu.
- Ale muszę - odparł. - Takie dostałem zlecenie od Bractwa Srebrnych Szponów.
- Naprawdę sądzisz, że Hrabina Catrine schowała naszyjnik w swojej rezydencji?
- Audrey, on musi tam być.
Nastała chwila ciszy. Koty gapiły się na piękny dom. Nagle kotka, Audrey rzekła:
- Skoro chcesz ryzykować życie dla kilku durnych kamieni na sznurku to idź! Ja się w to nie mieszam.
- Trzymaj za mnie ogon. Widzimy się za pół godziny.
Zeskoczył i pomknął ku willi. Ostrożnie stąpał po śniegu skradając się pod oknami budynku wypatrując jakiejkolwiek oznaki życia. Pobiegł za budynek, a tam... Otwarte drzwi! Powoli wystawił łeb przez szparę. Z salonu dochodziły dźwięki rozmowy, w kuchni, ani żywej duszy. Wszedł do środka.
Teraz już nie może się wycofać. Cicho stawiał łapy. Nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów. Naszyjnik powinien być w salonie, w kredensie. Tyle wiedział od Bractwa. Niestety w salonie byli ludzie. Co tu zrobić? Kirke rozglądał się po kuchni szukając rozwiązania problemu. Nagle coś sobie przypomniał. ,,No tak! Mam przecież magiczne moce! Mogę ich uśpić, albo odwrócić uwagę!. Tylko... czym?". Spojrzał na piec. Coś się tam gotowało. Nawet się nie zastanawiał. Wskoczył na piec i zrzucił tą rzecz.
W salonie wybuchł chaos! Co to było? Ludzie pobiegli do kuchni. Kirke nagle rozpłynął się w powietrzu. Stał się niewidzialny. Gdy ludzie robili porządek z garem, on pobiegł do salonu. Wskoczył na komodę i... Tam w oszklonej gablocie leżał naszyjnik Kociej Pani. Nie było czasu. Chwycił skarb w pysk i serce mu zamarło! Na ziemi stał groźnie warczący pies, doberman.
- Puszczaj naszyjnik śmieciu! - warknął groźnie.
- Ani śnię - odparł kocur i skoczył na głowę psa. Mocno go drapnął.
Uciekł do kuchni nie bacząc na ludzi. Pies gnał za nim. Jedna kobieta dostrzegła co Kirke niesie i wołała coś o naszyjniku, ale kto by ją słuchał. Ludzie nie zamknęli jeszcze drzwi, a kot umknął z budynku. Doberman jeszcze go gonił, ale Kirke przeskoczył płot i już był bezpieczny.
Dysząc jeszcze za płotem zaczął się głośno śmiać. Miał sporo szczęścia. Ten pies mógł zrobić z niego tylko wspomnienie.
Przewracał się tak ze śmiechu tarzając się w śniegu, gdy nagle usłyszał głos.
- Co cię tak śmieszy Kirke? - z lasu wyłonił się bury kocur o złocistych oczach. - Powinieneś już dawno być w siedzibie Bractwa i oddać naszyjnik.
- No... ja, ten... - jąkał się Kirke.
- Choć ze mną.
Poszli w głąb lasu. Szli wydeptaną ścieżką, aż do charakterystycznego wielkiego głazu. Tam skręcili na bezdroża. Dotarli na wielką polanę, w której środku rósł wielki dąb. Pod dębem była mała dziupla, której pilnował wielki szary szczur. był dwa razy taki jak normalny przedstawiciel jego gatunku. Przepuścił Kirke i burego kota, a oni nawet na niego nie patrzeli.
Dąb był wewnątrz całkiem pusty, no nie do końca. W środku, od dołu do góry szły kręte schody. Teraz kocury szły nimi na sam szczyt. Do korony drzewa.
Tam czekały trzy inne koty. Niebieskooka ragdollka maści mitted. Miała na szyi wisiorek w kształcie pióra. Obok niej kocur ubrany w sweterek, zapewne mieszka z ludźmi, pod swetrem nie miał nic był pozbawiony sierści. Też miał naszyjnik z wisiorkiem, czerwony rubin. Na drzewie leżał, ku zdziwieniu Kirke, ryś. Też miał jak każdy wisiorek - liść. Dopiero teraz Kirke dostrzegł, że prowadzący go kot też ma naszyjnik, w kształcie łzy.
- Na kocich przodków... - powiedziała rysica. - To naprawdę ten naszyjnik?
- Na to wygląda Kelly - odpowiedziała jej długowłosa kotka. - Makro, czy ten kocur to...
- Tak, mój uczeń Ikaeno - rzekł bury kot.
- Twój uczeń? - zapytał zdziwiony Kirke.
- Każdy członek naszego bractwa ma swojego ucznia - to powiedział nagi sfinks w swetrze, po czym kichnął. - Mój mistrz mówił mi Pusiu, to takie obraźliwe!
- I chwała mu za to, bo ktoś musiał zrobić z tobą porządek Puszku. - zaśmiał się Makro. - Usiądźmy!
Wszystkie koty zebrały się w kole i usiadły. Wtedy Makro i Kelly zamknęli oczy i mocno się skupili, a z drzewa wyrosła gałąź. Zwinęła się w "ślimaka" i tak powstał stół. Kirke był tym wielce zaskoczony, ale na Ikaenie i Puszku nie wywołało to wrażenia.
Chwilę później przyszły dwa koty. Jeden tak jak Puszek nie miał sierści i był ubrany w sweter, a drugi był nieco większy, bury. Usiadły, tak jak przypuszczał Kirke obok swoich mistrzów. Bury duży kot usiadł obok rysicy Kelly, zapewne jest żbikiem, a nie kotem. Ikaena zapewne nie ma ucznia.
- Drodzy zebrani - zaczął Makro. - Ten odważny kocur wszedł do domu ludzi ryzykując życie by zdobyć ten naszyjnik!
W łapie kota widniał drogocenny skarb, który przyniósł mu Kirke.
- Nie możemy go jednak zatrzymać...
Zaczęło się szemranie, szepty, potem wręcz głośna dyskusja!
- Cisza - syknęła Ikaena. Wszyscy się uspokoili. - Doskonale wiecie, że tylko potomek Królowej może dać nam moc. Naszyjnik musi zostać dobrze ukryty!
- Proponuję schować go tu, w Wielkim Dębie - zaproponował Puszek. - Chyba dzikie koty sobie poradzą z jego ochroną.
- Z całym szacunkiem Puszku - wtrąciła Kelly. - ale my już pilnujemy lasu. O ile dobrze wiesz ty, Ikaena i koty rasowe pilnujecie już ludzi by nie odkryli naszych zdolności magicznych. Mieszańce zajmują się psami i innymi zwierzętami. Nie możemy opuścić swoich stanowisk.
- Panie Makro - powiedziała Ikaena. - Proponuję powołać grupę kotów, która będzie pilnować naszego skarbu nieświadomie. Założą stado takie jak nasi przodkowie i będą chronić danego im terenu. Na nim ukryjemy klejnot.
Wyraźnie zaciekawiony Makro słuchał uważnie każdego słowa kotki.
- A kogo proponujesz Ikaeno?
- Proponuję dwa koty, które zaopiekują się i stworzą tą wspólnotę. Tylko im jako przywódcom stada będzie wolno wiedzieć o celu stada.
Kirke wiedział, że nie powinien się odzywać, ale słowa cisnęły mu się na języku.
- Jak nazwiecie to stado?
Znów zaczęły się szepty, szemrania i dyskusje. Po chwili Makro uniósł wysoko głowę i wykrzyknął:
- Kocia Duma!
Dysząc jeszcze za płotem zaczął się głośno śmiać. Miał sporo szczęścia. Ten pies mógł zrobić z niego tylko wspomnienie.
Przewracał się tak ze śmiechu tarzając się w śniegu, gdy nagle usłyszał głos.
- Co cię tak śmieszy Kirke? - z lasu wyłonił się bury kocur o złocistych oczach. - Powinieneś już dawno być w siedzibie Bractwa i oddać naszyjnik.
- No... ja, ten... - jąkał się Kirke.
- Choć ze mną.
Poszli w głąb lasu. Szli wydeptaną ścieżką, aż do charakterystycznego wielkiego głazu. Tam skręcili na bezdroża. Dotarli na wielką polanę, w której środku rósł wielki dąb. Pod dębem była mała dziupla, której pilnował wielki szary szczur. był dwa razy taki jak normalny przedstawiciel jego gatunku. Przepuścił Kirke i burego kota, a oni nawet na niego nie patrzeli.
Dąb był wewnątrz całkiem pusty, no nie do końca. W środku, od dołu do góry szły kręte schody. Teraz kocury szły nimi na sam szczyt. Do korony drzewa.
Tam czekały trzy inne koty. Niebieskooka ragdollka maści mitted. Miała na szyi wisiorek w kształcie pióra. Obok niej kocur ubrany w sweterek, zapewne mieszka z ludźmi, pod swetrem nie miał nic był pozbawiony sierści. Też miał naszyjnik z wisiorkiem, czerwony rubin. Na drzewie leżał, ku zdziwieniu Kirke, ryś. Też miał jak każdy wisiorek - liść. Dopiero teraz Kirke dostrzegł, że prowadzący go kot też ma naszyjnik, w kształcie łzy.
- Na kocich przodków... - powiedziała rysica. - To naprawdę ten naszyjnik?
- Na to wygląda Kelly - odpowiedziała jej długowłosa kotka. - Makro, czy ten kocur to...
- Tak, mój uczeń Ikaeno - rzekł bury kot.
- Twój uczeń? - zapytał zdziwiony Kirke.
- Każdy członek naszego bractwa ma swojego ucznia - to powiedział nagi sfinks w swetrze, po czym kichnął. - Mój mistrz mówił mi Pusiu, to takie obraźliwe!
- I chwała mu za to, bo ktoś musiał zrobić z tobą porządek Puszku. - zaśmiał się Makro. - Usiądźmy!
Wszystkie koty zebrały się w kole i usiadły. Wtedy Makro i Kelly zamknęli oczy i mocno się skupili, a z drzewa wyrosła gałąź. Zwinęła się w "ślimaka" i tak powstał stół. Kirke był tym wielce zaskoczony, ale na Ikaenie i Puszku nie wywołało to wrażenia.
Chwilę później przyszły dwa koty. Jeden tak jak Puszek nie miał sierści i był ubrany w sweter, a drugi był nieco większy, bury. Usiadły, tak jak przypuszczał Kirke obok swoich mistrzów. Bury duży kot usiadł obok rysicy Kelly, zapewne jest żbikiem, a nie kotem. Ikaena zapewne nie ma ucznia.
- Drodzy zebrani - zaczął Makro. - Ten odważny kocur wszedł do domu ludzi ryzykując życie by zdobyć ten naszyjnik!
W łapie kota widniał drogocenny skarb, który przyniósł mu Kirke.
- Nie możemy go jednak zatrzymać...
Zaczęło się szemranie, szepty, potem wręcz głośna dyskusja!
- Cisza - syknęła Ikaena. Wszyscy się uspokoili. - Doskonale wiecie, że tylko potomek Królowej może dać nam moc. Naszyjnik musi zostać dobrze ukryty!
- Proponuję schować go tu, w Wielkim Dębie - zaproponował Puszek. - Chyba dzikie koty sobie poradzą z jego ochroną.
- Z całym szacunkiem Puszku - wtrąciła Kelly. - ale my już pilnujemy lasu. O ile dobrze wiesz ty, Ikaena i koty rasowe pilnujecie już ludzi by nie odkryli naszych zdolności magicznych. Mieszańce zajmują się psami i innymi zwierzętami. Nie możemy opuścić swoich stanowisk.
- Panie Makro - powiedziała Ikaena. - Proponuję powołać grupę kotów, która będzie pilnować naszego skarbu nieświadomie. Założą stado takie jak nasi przodkowie i będą chronić danego im terenu. Na nim ukryjemy klejnot.
Wyraźnie zaciekawiony Makro słuchał uważnie każdego słowa kotki.
- A kogo proponujesz Ikaeno?
- Proponuję dwa koty, które zaopiekują się i stworzą tą wspólnotę. Tylko im jako przywódcom stada będzie wolno wiedzieć o celu stada.
Kirke wiedział, że nie powinien się odzywać, ale słowa cisnęły mu się na języku.
- Jak nazwiecie to stado?
Znów zaczęły się szepty, szemrania i dyskusje. Po chwili Makro uniósł wysoko głowę i wykrzyknął:
- Kocia Duma!
Subskrybuj:
Posty (Atom)