Pewnego wieczoru leżałem i spoglądałem na zachodzące słońce. Odchodziło powoli. Od tyłu usłyszałem szelest. Odwróciłem się nerwowo. Serce biło mi odrobinę szybciej, jakby urok prysł! Wyszła Mela:
- Nie przestraszyłam cię?
Odetchnąłem z ulgą.
- Nie, nie...
- Strasznie się ostatnio denerwujesz... spodziewałeś się kogoś innego?
- No... możliwe.., ale sorry to nie twoja sprawa.
- Nie no jasne. Przecież ci nic nie każe. A jak leci? - szybko zmieniła temat.
- Powoli... - odparłem.
Stała zmieszana. Słońce nie sprawiało mi przy niej żadnej przyjemności.
- Mogę się dosiąść? - zapytała.
- No... - szepnąłem - ale bilet poproszę - uśmiechnąłem się.
Usiadła.
- Co ty w tym widzisz nadzwyczajnego? - popatrzyła na mnie.
- Och... no widzę tam chwile i czas... i moją miłość...
- Masz kogoś?! - zdziwiona uniosła się.
- Nie... moją pasję czyli zachód słońca... głuptasie. A może spotkamy się o północy podziwiać pełnię księżyca? Ale od razu mówię to nie randka... - dopowiedziałem.
< Mela? Dokończysz? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz