Patrzyłam uważnie to na psa i koty idące ścieżką, to na drzewo na którym
siedziała ruda kotka. Zastanawiałam się co robić. Nie chciałam mieć znów
problemów, ale i nie mogłam wrócić na polanę jakby nigdy nic i położyć
się spać.
- Powiedzmy o tym Meli - zaproponowałam.
- Wiesz to chyba jedne co możemy zrobić - odparł Leo i zaczął powoli
schodzić z drzewa. Ja jednym susem zeskoczyłam z pośród gałęzi i
wyhamowałam przed samą ziemią. Ruszyliśmy biegiem w stronę polny na
której reszta stada smacznie spała. W pewnym momencie potknęłam się o
jakiś korzeń i upadałam na ziemię raniąc się o ostry kamień. Rubinowa
krew popłynęła po mojej śnieżnobiałej sierści, a rozcięcie bolało jak
diabli. Szybko wzięłam się w garści i dołączyłam do Leonidasa, który
trochę mnie już wyprzedził. Teraz zamiast biec leciałam kilka
centymetrów nad ziemią.
- Nic ci nie jest? - zapytał kocur gdy tylko zobaczył krew.
- Tylko się zadrapałam - skłamałam czując jak rana piecze. Musiała być
głęboka bo nie przestawała krwawić. Po chwili wbiegliśmy (choć ja raczej leciałam) na polane cali
zdyszani. Podeszliśmy do legowiska Meli. Kotka spokojnie spała.
Szturchnęłam ją lekko. Melanie otworzyła oczy.
- Co się stało? - zapytała zaspanym głosem. Leo wszystko jej opowiedział.
<Leonidas?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz