Świtało. Słońce delikatnie muskało moje zamknięte oczy, stłumione światło obudziło mnie. Spojrzałam kontem oka na resztę stada. Leo siedział na swoim miejscu zapatrzony gdzieś daleko. Chciałam cicho wstać i podejść do kocura, jednak upadłam. Syknęłam pod nosem.
- Nic ci nie jest?! - podszedł do mnie.
- Nie... no co ty - jęknęłam.
Usiadł blisko. Poczułam ciepło płynące z jego rozgrzanego ciała. Jego sierść delikatnie dotykał mojej przyprawiając mnie o dreszcze. Miał niesamowitą postawę. Jego ciepło przepływało przez moje ciało, zadrżałam.
- Zimo ci?
Zaprzeczyłam kiwnięciem głowy. Posunęłam się bliżej niego. Coś przyciągało mnie do niego jak magnez! Nie mogłam oprzeć się jego dotykowi, czułam się przy nim bezpieczna. Z blasku wstającego słońca był jeszcze bardziej intrygujący. Światło padało mu na cienką i gęstą ułożoną słodko chaotycznie sierść. Był boski. Spojrzał na mnie. Patrzyłam mu prosto w oczy, w moim brzuchu było ciepło. Czułam do niego chemię. Spuściłam wzrok pesząc się przy tym.
<Leon?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz